Wprawdzie przystąpienie do europejskiej wspólnoty na mocy „Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej” zobowiązuje nas do przyjęcia euro, ale od dziewięciu lat korzystamy z tzw. derogacji, czyli czasowego zwolnienia z tego obowiązku.
Derogację wymyślono po to, aby krajom członkowskim dać czas na spełnienie kryteriów konwergencji. Ale z tym w Polsce nie jest najgorzej. Na dobrą sprawę kryteria spełnimy w końcu tego roku. Formalnie zatem od 1 stycznia 2015 r. moglibyśmy wejść do systemu ERM II i od 2017 r. – tak jak kiedyś zapowiadano – płacilibyśmy w euro za pietruszkę na targu czy samochody u dilera.
To, że nasza derogacja trwa tak długo, jest spowodowane czynnikami politycznymi. Euroizacja niewątpliwie wymaga zmiany Konstytucji RP (zwłaszcza art. 227: „Centralnym bankiem państwa jest NBP. Przysługuje mu wyłączne prawo emisji pieniądza..."), a wymaganej konstytucyjnej większości zwolennicy euro nie mieli. I raczej mieć nie będą, bowiem badania opinii publicznej od początku wskazują na liczbową przewagę przeciwników przejścia na euro. Ostatni sondaż (CBOS, październik 2014 r.) jest pod tym względem miażdżący. Za przyjęciem euro jest tylko 24 proc. badanych, a przeciwko 68 proc.
W tej sytuacji nawet partie najbardziej prounijne cichcem wycofują się z tego postulatu, najwyżej upychając go w przepastnych głębiach swoich programów. Przy założeniu, że najbliższe wybory nie spowodują istotnych zmian na scenie politycznej, najwcześniejszy realistyczny termin przyjęcia euro to 2022 r. Wiele jednak wskazuje, że w tym czasie ani w funkcjonowaniu Unii i jej wspólnego rynku pieniężnego, ani w poglądach Polaków znaczących zmian nie będzie, więc 2022 r. jest raczej datą teoretyczną.
Na funkcjonowanie Unii wpływ mamy niewielki. Zmiana nastawienia Polaków wymagałaby zmasowanej akcji edukacyjno-propagandowej, prowadzonej przez uznane autorytety ekonomiczne i polityczne. Zakładając, że takie autorytety są, ich wypowiedzi być może przyniosłyby jakiś efekt. Problem jednak w tym, że w miarę upływu czasu liczba zdeklarowanych euroentuzjastów maleje. Żadnego skutku nie odniosły takie argumenty polityczne jak obawa przed marginalizacją Polski (koncepcja Europy dwóch prędkości) i głosy, że kraje strefy euro będą miały większe uprawnienia. Bagatelizujemy również związaną z zagrożeniem militarnym sugestię, że Unia będzie w większym stopniu bronić eurolandu niż krajów pozostających przy własnej walucie.