Powiedzmy wprost: ostrze powstającej nowej unii skierowane jest w Gazprom i jego patronów z Kremla. I to całkiem zasłużenie.

Unia energetyczna ma zmniejszyć zależność gazową Europy od nieprzewidywalnej Rosji i ograniczyć możliwości Kremla w zakresie rozgrywania krajów UE przez manipulacje cenowe. Ma także skłonić członków Wspólnoty Europejskiej do większej integracji swoich rynków, m.in. dzięki budowie łączników na granicach i tworzeniu regionalnych, a nie tylko krajowych, planów awaryjnych na wypadek przerw w dostawach.

Rozbudowa terminali LNG da Europie dostęp do zamorskich rynków gazu. Ale żeby z tej możliwości w pełni skorzystać, czerpiąc z najtańszych zasobów tego paliwa na świecie, trzeba ubić interes z Waszyngtonem i w zamian m.in. za zniesienie zakazu eksportu z USA zgodzić się na podpisanie układu TTIP.

Nietrudno znaleźć inne słabe strony projektu nowej unii. W uszach Polaka niepokojąco brzmią np. słowa o utrzymaniu kursu na dekarbonizację. To trybut dla chcących walczyć z emisją CO2. A przecież to cena energii będzie decydować o być albo nie być europejskiego przemysłu.

Dziś mamy w Europie wspólny rynek towarów i usług, ale od wspólnego rynku energii, który miałby powstać zamiast 28 krajowych, dzielą nas jeszcze długie lata. Nowa unia energetyczna jest dopiero na etapie dziecka stawiającego pierwsze chwiejne kroki. A przecież my tutaj, w marzącej o bezpieczeństwie Polsce, chcielibyśmy, by szybko stała się twardym wojownikiem umiejącym postawić tamę działaniom Kremla.