To kraj, w którym sektor e-commerce zawsze należał do najbardziej rozwiniętych na świecie. Przegonienie stacjonarnych sklepów pod względem wartości sprzedaży nie byłoby jednak możliwe, gdyby nie mobilna rewolucja.

Azjaci kochają wszelkiego rodzaju ekrany połączone z internetem. Noszą je przy sobie i na sobie. Smartfony, tablety, smartwatche i phablety stały się tam częścią kultury i siłą napędową handlu. Jak wyliczył koreański urząd statystyczny, w 2014 r. wartość transakcji online sięgnęła tam niemal 47 bln wonów (1 won = 0,34 zł) i była o 300 mld wonów większa niż w sklepach w realu.

Dynamika e-zakupów w IV kwartale wyniosła 20 proc. Prawdziwy skok o 125 proc. odnotowała sprzedaż mobilna. W Polsce ten rekord wydaje się – przynajmniej na razie – nie do powtórzenia. Koreański trend jest jednak wyraźnie widoczny również u nas. Wydatki w tzw. m-commerce w naszym kraju rosną znacznie szybciej niż w tradycyjnej wersji online'u.

W ubiegłym roku przez komórki i tablety kupiliśmy towary za ponad 2 mld zł. To o ponad jedną trzecią więcej niż w 2013 r. Dla porównania, w tym czasie rodzimy e-commerce wzrósł tylko nieco o ponad 10 proc. Analizy pokazują, że trend „mobile" to przyszłość. Według prognoz w 2016 r. Polacy wydadzą w ten sposób 3,5 mld zł. Dlatego dziwi mnie, że nasi przedsiębiorcy nie potrafią dostrzec szans na rozwój biznesu, jaką daje im ten nowy kanał sprzedaży. Tylko 5 proc. z nich ma dziś strony internetowe przystosowane do ekranów urządzeń mobilnych. Klientów z przedrostkiem „m" ignorują nawet rodzime sklepy internetowe. Skoro do firm nie przemówiły ani liczby, ani przykład Korei, to teraz oczy otworzy im Google. Zniknięcie z pierwszych wyników wyszukiwania to argument bardzo skuteczny.