Przesądzony jest los trzech więziennych szpitali: we Wrocławiu, Barczewie i jednego z największych: przy Areszcie Śledczym Warszawa-Mokotów, gdzie w zeszłym roku leczyło się łącznie ponad 2 tys. skazanych.
Część skazanych trafi do placówek publicznych, ponieważ sąsiednie więzienne są za daleko, by wozić chorych.
– Trudno sobie wyobrazić, by groźni przestępcy leżeli na ogólnej sali razem ze zwykłymi pacjentami. To muszą być specjalne oddziały zamknięte dozorowane przez funkcjonariuszy – mówi „Rz" dr Cezary Tatarczuk, ekspert ds. bezpieczeństwa z Uczelni Kwiatkowskiego w Gdyni.
W kraju jest dziś 13 szpitali więziennych (i ok. 150 ambulatoriów). Restrukturyzację, która w praktyce oznacza likwidację, przejdzie więc aż jedna czwarta z nich.
W likwidowanych szpitalach jest w sumie ok. 260 łóżek. W ubiegłym roku hospitalizowano w nich ponad 2,1 tys. osób, przy czym najwięcej, bo ponad połowę, w szpitalu przy warszawskim areszcie. Dziś jest tu oddział chorób wewnętrznych z pododdziałem dla nosicieli wirusa HIV, ortopedyczno-urazowy, chirurgia, psychiatria i intensywna opieka. Tylko na chirurgii lekarze udzielili tu 2 tys. konsultacji, a w pracowni RTG przyjęli 4,5 tys. osób.
– W Barczewie jest oddział wewnętrzny i detoksykacyjny. Zwłaszcza na tym drugim jest duże obłożenie – mówi „Rz"Jarosław Witek z Okręgowego Inspektoratu SW w Olsztynie.
Z kolei we Wrocławiu skazani mają do dyspozycji oddział wewnętrzny i chirurgię – zajętych jest ok. 70 proc. łóżek. – Plany były takie, by do końca roku zlikwidować oddział chirurgiczny, a do maja przyszłego internistyczny. Zostałaby tylko doraźna opieka ambulatoryjna – mówi „Rz" Mariusz Jastrzębski z Okręgowego Inspektoratu SW we Wrocławiu. Powodem zmian, jak twierdzą więziennicy, jest fakt, że to szpitale stare, źle wyposażone, a ich utrzymywanie jest nieekonomiczne.
Jak twierdzi Jan Góra, rzecznik Służby Więziennej, na poprawę ich standardu trzeba byłoby wydać znaczące sumy. – Na szpital przy AŚ w Warszawie 68 mln zł, we Wrocławiu 17 mln zł, a w Barczewie ponad 11 mln zł – odpowiada Jan Góra.
I zapewnia, że osadzeni trafią do pozostałych szpitali więziennych, a kiedy trzeba im będzie zapewnić specjalistyczne świadczenia lub w razie zagrożenia życia czy zdrowia, będą mieli – podobnie jak dotąd – zapewnione usługi „w najbliższym specjalistycznym podmiocie leczniczym pozawięziennej służby zdrowia".
Jednak sami pracownicy więziennych szpitali w rozmowie z „Rz" nieoficjalnie przyznają, że nie będzie to takie proste i mniej optymistycznie widzą przyszłość. Sąsiednie szpitale są bowiem często znacznie oddalone od tych likwidowanych. – Najbliższy szpital więzienny mieści się w Gdańsku – przyznaje Jarosław Witek.
Z kolei Mariusz Jastrzębski wyjaśnia: – Szpital we Wrocławiu obsługuje cały Dolny Śląsk i Opolskie, czyli łącznie ok. 10 tys. osadzonych. W razie jego likwidacji będziemy kierować więźniów do szpitali w Krakowie i Poznaniu – mówi.
Jednak np. z Wrocławia do Krakowa jest blisko 270 km, a do Poznania ok. 160. W praktyce – jak sugerują rozmówcy „Rz" – więźniowie będą częściej podsyłani publicznym szpitalom.
– Gdy nie będzie całodobowej opieki medycznej jak dotąd, dużo częściej będą wzywane karetki pogotowia. A osadzeni, wśród których są groźni przestępcy, będą wykorzystywali ten fakt, by zrobić sobie wycieczkę na wolność – sugeruje inny nasz rozmówca.
Ilu więcej skazanych może trafić do publicznych szpitali? Rzecznik więziennictwa takich danych nie podaje.
Ze sprawozdania z jesieni 2013 r. wizytatora warszawskiego sądu wynika, że szpital przy areszcie w Warszawie większość skazanych obsłużył we własnym zakresie, a z pomocy zewnętrznej korzystał w zeszłym roku łącznie 656 razy (głównie z badań). Z SOR, czyli szpitalnych oddziałów ratunkowych, zaledwie 60 razy.
Po likwidacji więziennych szpitali te zewnętrzne – jak nieoficjalnie przyznają więziennicy – będą angażowane do leczenia zdecydowanie częściej.