– Zainteresowanie ofertami z drugiej ręki rośnie – przyznaje Joanna Iwanowska z firmy Polanowscy Nieruchomości.
Potwierdzają to też badania firmy Nowy Adres, z których wynika, że 41 procent respondentów zainteresowanych kupnem mieszkania w tym roku zamierza je nabyć właśnie na rynku wtórnym. Na pierwotnym inwestycje planuje 20 proc. ankietowanych.
[srodtytul]Granica upustów [/srodtytul]
Zdaniem Joanny Iwanowskiej wynika to z możliwości negocjacji ceny, a ta jest najważniejszym dziś kryterium decydującym o zakupie.
– W przypadku transakcji na rynku wtórnym upusty są znacznie większe. Indywidualny sprzedający jest bowiem bardziej elastyczny niż deweloper, który niejednokrotnie nie może już bardziej obniżyć ceny – mówi Iwanowska. Przekonuje, że w wielu wypadkach firmy deweloperskie doszły do muru. Od wielu miesięcy naciskane na obniżki, najpierw godziły się na zbijanie ceny metra kwadratowego, potem rezygnowały z opłaty za taras, garaż lub miejsce postojowe, a ostatnio proponowały mieszkanie wykończone pod klucz, a nawet częściowo wyposażone, np. w sprzęt AGD.
– Ale pewnej granicy przekroczyć nie mogą. W planach budżetowych, na podstawie których banki udzieliły im finansowania inwestycji, określili ceny minimalne, poniżej których sprzedawać nie mogą – tłumaczy Iwanowska.
Mieszkania na rynku wtórnym mają dla kupujących zalety, o których w przypadku nowych niejednokrotnie nie może być mowy. Przede wszystkim taki lokal fizycznie jest, wiadomo, jak wygląda.
[wyimek]5–10 proc. zwykle dziś wynosi rabat od ceny wywoławczej na rynku wtórnym[/wyimek]
Zdaniem Piotra Pomawskiego z agencji OwnHouse Nieruchomości w styczniu klienci znów zaczęli poszukiwać mieszkań.
– Przez ostatni kwartał ubiegłego roku nie pokazałem tylu lokali, ile w tym miesiącu – mówi Pomawski. Przyznaje, że od pokazywania do zawarcia transakcji droga daleka, ale jest przekonany, że rynek drgnął. – Kupujący przestali wierzyć, że ceny jeszcze bardziej spadną, i ci, którzy mają za co kupić, zaczęli poszukiwać ofert – mówi Pomawski.
[srodtytul]Nowe na wtórnym[/srodtytul]
Ponieważ banki w obawie przed bankructwami firm deweloperskich nie chcą od kilku miesięcy pożyczać pieniędzy na zakup mieszkań dopiero budowanych, klienci szukają na rynku wtórnym. Ten zyskuje zaś na atrakcyjności, bo w sprzedaży pojawiają się tzw. oferty pierwotne-wtórne, czyli mieszkania zupełnie nowe, nigdy niezamieszkiwane. Dwa, trzy lata temu kupione przez inwestorów, teraz są przez nich sprzedawane. Pod warunkiem że inwestorzy mogą sprzedać z zyskiem. A z tym bywa różnie.
Leszek Baranowski z agencji pośrednictwa Bracia Strzelczyk jest zdania, że oczekiwania sprzedających i kupujących wciąż bardzo się rozmijają. Pierwsi nie chcą sprzedawać taniej, szczególnie mieszkań, które kupili w okresie boomu – za duże pieniądze, z myślą o zarobku. Drudzy, przekonani o zawyżonych stawkach za metr kwadratowy, nadal chcą obniżek.
– Każda ze stron czeka, aż druga ustąpi, a skutek jest taki, że na rynek nie wpływają nowe oferty i nawet poważni klienci, którzy rzeczywiście są zdeterminowani, by kupić, nie mają w czym wybierać – mówi Baranowski.
Jego zdaniem mieszkania sprzedają teraz tylko ci, którzy muszą, lub tacy, którym lokal łatwo przyszedł, na przykład dostali go w spadku. Inni, którzy mogą czekać, czekają, aż presja na obniżki się skończy.
[ramka][srodtytul]Ile można wytargować w Warszawie[/srodtytul]
>> Śródmieście, ul. Bonifraterska, dwa pokoje, pow. 38 mkw., piętro 2/3. Cena wyjściowa 379 tys., uzgodniona cena sprzedaży 330 tys. zł
>> Żoliborz, ul. Juliusza Słowackiego, trzy pokoje. pow. 69 mkw., piętro 2/3. Cena wyjściowa 800 tys. zł, cena transakcyjna 735 tys. zł
>> Natolin, ul. Pietrasiewicza, trzy pokoje, pow. 80 mkw., piętro 3/4. Cena wyjściowa 730 tys. zł, końcowa 624 tys. zł.
>> Mokotów, ul. Bernardyńska, cztery pokoje, pow. 99 mkw., piętro 2/2. Cena początkowa 950 tys., końcowa 810 tys. zł
[i]źródło: Polanowscy Nieruchomości, OwnHouse Nieruchomości[/i][/ramka]