– Gdy zmordowany drogą wchodzę do pokoju hotelowego, włączam czasem telewizor – mówił Kapuściński dwa lata temu. – Z reguły zatrzymuję się na meczu. Czasem myślę, że w telewizji to już jedyny autentyczny temat.
– Czy mimo wielu zajęć będzie pan śledził mistrzostwa? – pytałem po zakończeniu rozmowy. – Oczywiście – odparł. – Dobre mecze zawsze oglądam. Niezależnie od tego, czy to mistrzostwa świata czy nie. – No i komu pan kibicuje? – Nikomu. – Polsce też nie? – Polskę dopingujemy automatycznie. Prawdziwe kibicowanie jest bezinteresowne. Ja nikomu nie kibicuję, bo za dużo mnie to kosztuje. Jeśli transmitują mecz drużyny, z którą czuję się związany, nie włączam telewizora. Słucham tylko wyniku. Śledzę mecz, jeśli wiem, że emocje nie przeszkodzą mi w ocenie widowiska.
„Autoportret reportera” zaczyna się od słów: „Powiem tak, jak było. Mnie w szkole fascynowała jedna rzecz – piłka nożna. Byłem bramkarzem w reprezentacji szkoły. Potem w Legii, w drużynie juniorów. Całe dnie spędzałem na boisku. To była moja pasja, największa namiętność”.
– Chodziłem do Gimnazjum Staszica – opowiadał Kapuściński. – Zacząłem wtedy trenować na bocznym boisku przy Łazienkowskiej. Stałem w bramce, choć o tym nie marzyłem. Gdy piłkę kopaliśmy na podwórkach, najlepsi decydowali, kto gdzie zagra. Najpierw dobierali partnerów do ataku, potem mniej zdolnych do pomocy. Na bramce i w obronie grały największe gamonie. Moje miejsce było między słupkami i tak zostało do czasów Legii. Grałem tam na początku lat 50.
Czasem wydaje mi się, że w telewizji piłka nożna to jedyny autentyczny temat
Jako reporter nie przestał interesować się piłką. Jednym z najbardziej zdumiewających konfliktów, jakie relacjonował, była wojna między Salwadorem a Hondurasem zwana wojną futbolową.
– Poszło o wynik rozgrywek eliminacyjnych mistrzostw świata w Meksyku w 1970 r. – wspominał. – Z futbolem zawsze związany jest potencjalny dramat. Taka już natura tej gry.
W wydanej 30 lat temu „Wojnie futbolowej” Kapuściński zauważa, że w Ameryce Łacińskiej długa jest lista rządów, które zostały obalone przez wojsko, ponieważ drużyna narodowa poniosła porażkę.
– Rysiek pilnie obserwował przebieg mundialu z 1970 r. – wspomina Alicja Kapuścińska, żona reportera. – Zdobył akredytację prasową i zabierał mnie na stadiony. „W drodze do tytułu mistrzowskiego Brazylia pokonała Anglię – czytamy w „Wojnie futbolowej”. – Wychodzący w Rio de Janeiro dziennik „Jornal dos Sportes” tak wyjaśnił przyczyny sukcesu: „Ilekroć piłka leciała w stronę naszej bramki i gol wydawał się nieuchronny, Jezus spuszczał nogę z obłoków i wykopywał piłkę na aut”.
– Fenomen futbolu polega na tym, że grać może każdy, a mecz angażuje wielu ludzi – mówił mi Kapuściński. – Gdy spotykają się dwie drużyny, to towarzyszą im kibice, czyli dwie społeczności.
Zwracał uwagę, że futbol sprzyja kształtowaniu się tożsamości narodowej – tak było, gdy powstawał Trzeci Świat. Tak jest w erze globalizacji.
O zamiłowaniu Kapuścińskiego do piłki nożnej wiedziały władze Uniwersytetu Ramon Llull w Barcelonie.
– Gdy w 2005 r. odbierałem tam doktorat honoris causa, dostałem koszulkę Barcy z autografami zawodników, którzy zdobyli mistrzostwo Hiszpanii – powiedział Kapuściński. – Usłyszałem, że w tym trykocie mogę wejść na każdy mecz rozgrywany na Camp Nou bez biletu. Niestety, program pobytu był napięty i nie dałem rady.