[b]Zobacz na tv.rp.pl - [link=http://www.rp.pl/artykul/399452.html]Co się stało z Gabo?[/link][/b]

– Wiesz, czasem wpadam w depresję – powiedział pisarz swemu biografowi Geraldowi Martinowi, autorowi właśnie wydanej u nas książki "Gabriel García Márquez. Życie".

– Coś ty, Gabo? Po tym wszystkim, co osiągnąłeś? To niemożliwe. Dlaczego? – literaturoznawca nie potrafił ukryć zdziwienia.

Wtedy Márquez "wskazał ręką świat za oknem – autostradę prowadzącą do innych dróg, milczącą intensywność wszystkich tych zwykłych ludzi spieszących do codziennych zajęć w świecie, który nie jest już jego, potem zamruczał: – Bo zdaję sobie sprawę, że to wszystko zmierza ku końcowi".

Czy kolumbijski pisarz, który za życia stał się legendą, postanowił usunąć się w cień?

[srodtytul]Spotkanie w Paryżu [/srodtytul]

Biografia Martina jest dziełem imponującym. Materiały do książki autor zbierał przez 15 lat. Rozmawiał nie tylko ze swoim bohaterem, członkami jego rodziny i przyjaciółmi, ale także Fidelem Castro i Mariem Vargasem Llosą.

Książka zawiera smakowite anegdoty. Chociażby tę o jedynym spotkaniu Márqueza z Hemingwayem, jego literackim bożyszczem. W tym czasie Kolumbijczyk mieszkał w Paryżu, przymierał głodem i z utęsknieniem czekał, czy pocztą nie nadejdą pomyślne wieści od wydawców. Pracował wtedy nad "Nie ma kto pisać do pułkownika", książką inspirowaną nowelą "Stary człowiek i morze".

Pewnego dnia, na początku 1957 r., na bulwarze Saint-Michel zobaczył Ernesta Hemingwaya spacerującego w towarzystwie żony Mary Welsh. Był zbyt podekscytowany, by nie zareagować, a jednocześnie zbyt nieśmiały, żeby podejść. Przez ulicę zawołał więc: "Mistrzu!". Hemingway podniósł rękę i odkrzyknął: "Adios, amigo!".

Autopromocja
Nowość!

Trzy dostępy do treści rp.pl w ramach jednej prenumeraty

ZAMÓW TERAZ

Dzięki Martinowi możemy poznać okoliczności powstania "Stu lat samotności". Márquez siadł przed maszyną do pisania, tak jak to czynił codziennie. Tylko że tym razem wstał po... osiemnastu miesiącach.

Pisarz ma swoje dziwactwa. Gdy dostał Nobla, nie chciał założyć smokingu i w Sztokholmie paradował w karaibskiej koszuli zwanej guayaberą. Powiedział kiedyś: – W gruncie rzeczy nie jestem ani nie będę nikim więcej niż jednym z szesnaściorga dzieci telegrafisty z Aracataki.

Opowieść Martin kończy się w roku 2007. Przydałby się suplement, bowiem następne dwa lata w życiu Márqueza są pełne zagadek.

[srodtytul] Artysta szuka cesarza [/srodtytul]

Po tym, jak lekarze stwierdzili u niego raka, w Internecie zaczął krążyć pożegnalny list pisarza. Okazał się fałszywką.

Kiedy wydawało się, że dni Márqueza są policzone, on sam w świetnej formie pojawił się na Kubie, by złożyć wizytę staremu druhowi, Fidelowi Castro. Był rok 2007. Dyktator zapadł na zdrowiu, oddał ster rządów bratu Raulowi i odsunął się w cień. Rzadko pokazywał się publicznie i sporadycznie przyjmował gości. Dla Márqueza zrobił wyjątek. Panowie wybrali się na spacer, dyskutowali o bieżącej sytuacji politycznej Ameryki Łacińskiej i globalnym ociepleniu.

– Przeszliśmy kilometry – wyjawił Márquez dziennikarzowi "El País". – Fidel jest tytanem energii.

Kiedy pół wieku temu Castro i Che Guevara obalali reżim Batisty, sympatyzowało z nimi wielu intelektualistów. Márquez, sceptycznie nastawiony do przemian zachodzących na wyspie, pokpiwał z nich bezlitośnie. Zdanie o kubańskiej rewolucji zmienił, kiedy dotychczasowi jej zwolennicy zaczynali tracić złudzenia. Do dziś pozostaje głuchy na racjonalne argumenty.

– Ci, którzy dobrze go znają, twierdzą, że ma słabość do silnych osobowości – powiedział "Rz" Carlos Marrodan Casas, tłumacz i fan Márqueza. – Należy do twórców, którzy potrzebują cesarza z jego dworem. Kiedyś razem z Grahamem Greenem był zafascynowany generałem Omarem Torrijosem, silnym człowiekiem z Panamy, który postawił się Amerykanom. Ta miłość nie została poddana poważnej próbie, ponieważ generał zginął w wypadku samolotowym.

[srodtytul]Mistrz łamie pióro [/srodtytul]

Polityka wydaje się wciąż interesować Márqueza, ale pisarska pasja chyba w nim wygasła. Trzy lata temu oświadczył: – Skończyłem z literaturą. Rok 2005 był pierwszym w moim życiu, kiedy nie napisałem ani linijki. Przyznał, że problemem jest nie brak inspiracji, ale entuzjazmu.

– Przy całym doświadczeniu nie miałbym trudności z ukończeniem kolejnej powieści – wyjaśnił pisarz. – Ale czytelnicy od razu dostrzegliby, że nie włożyłem w nią serca.

Z początku wydawało się, że Márquez mówi poważnie. Fanów Gabo doszły słuchy, że dla wąskiego grona przyjaciół wydaje on uroczyste kolacje w rocznicę podjęcia decyzji o zerwaniu z literaturą.

– W 2007 r. przypadła 80. rocznica jego urodzin i 40. opublikowania "Stu lat samotności" – mówi Casas. – Na tę okazję Márquez przygotował pełen anegdot tekst o okolicznościach powstania swej najgłośniejszej powieści. Przedstawił go podczas Kongresu Języka, który odbywał się w Cartagena de Indias, mieście sportretowanym w "Miłości w czasach zarazy". Tak więc z pisaniem Márquez nie rozstał się na długo.

[srodtytul]Kolejne love story [/srodtytul]

Sensacyjne wieści rozeszły się rok temu. Plinio Apuleyo Mendoza, przyjaciel Márqueza, oświadczył, że następna powieść Gabo będzie historią miłosną. – Ma przygotowane cztery wersje opowieści – powiedział Mendoza w rozmowie z "Guardianem". – Stara się wydobyć z każdej to, co najlepsze i połączyć wszystko w spójną całość.

– Inne źródła podawały, że Márquez wrócił do pomysłu z czasów młodości – dodaje Casas. – Jako jego fan jestem w trudnej sytuacji: chciałbym przeczytać nową książkę, ale jednocześnie boję się, że nie byłaby to literatura najwyższych lotów. Rozczarowała mnie "Opowieść o mych smutnych dziwkach" z 2004 r. Przetłumaczyłem tę prozę z szacunku dla Márqueza, choć wcześniej zdarzyło mi się odmówić spolszczenia innych jego książek: "Generała w labiryncie" z 1989 r. i "Raportu z pewnego porwania" z 1996 r. Jeśli chodzi o "Raport", uważam, że pracował nad nim zespół ludzi, a pisarz tylko to firmował. Ale nie wykluczam, że dołączy jeszcze do grona mistrzów, którzy pod koniec życia wydają arcydzieła.

W kwietniu tego roku Carmen Balcells, agentka Márqueza, powiedziała, że jej zdaniem prozaik niczego już nie napisze. Żałoba nie trwała długo. W następnym tygodniu dziennikarz kolumbijskiej gazety "El Tiempo" miał okazję rozmawiać z Márquezem.

– Mistrzu, czy zgodzisz się odpowiedzieć na kilka pytań? – zagadnął przez telefon. – Zadzwoń później. Teraz piszę – usłyszał w odpowiedzi.

Kiedy wreszcie Márquez zgodził się na udzielenie wywiadu, oświadczył: – To nieprawda, że zarzuciłem pisanie. W istocie nie zajmuję się niczym innym. Na pytanie, kiedy czytelnicy otrzymają nową powieść, odparł: – Moja praca polega na pisaniu, nie na publikowaniu.

Dodał też: – Doskonale wiem, kiedy ciastka, które piekę, są gotowe. A wróble na dachach w Aracatace ćwierkają, że pracuje nad drugim tomem wspomnień.

[ramka][b]Gabriel García Márquez[/b] nie opublikował niczego od czasu "Rzeczy o mych smutnych dziwkach" (2004). Niedawno wstrzymano ekranizację tej prozy. Organizacja walcząca z handlem żywym towarem w Ameryce Łacińskiej zarzuciła Márquezowi, że zgodził się na sfilmowanie książki, która "rozgrzesza pedofilię". Jak doniosły media, pisarz przyjął te argumenty, ale jednocześnie opowiedział się za swobodą twórczą.[/ramka]