Kolejna książka o przygodach nieustraszonej Molly Murphy.
Molly za wszelką cenę pragnie zostać detektywem i utrzymać firmę swojego zmarłego pracodawcy. Nieustraszona Irlandka angażuje się tym razem w aż dwie sprawy. Jedna z nich dotyczy zaginionej Angielki z arystokratycznej rodziny, druga – kradzieży i oszustwa w szwalni. Wrażliwa na niesprawiedliwość społeczną Molly włącza się również w działania na rzecz poprawy warunków pracy szwaczek i spotyka mężczyznę, który będzie konkurował o jej względy z przystojnym kapitanem nowojorskiej policji Danielem Sullivanem. Molly wielokrotnie znajdzie się w niebezpieczeństwie, ale odwaga i upór pomogą jej wyjść z niejednej opresji.
Rhys Bowen (właściwie Janet Quin-Harkin)
brytyjska pisarka, urodzona w 1941 roku w Bath w Anglii, a obecnie mieszkająca w San Francisco. Zanim w latach dziewięćdziesiątych rozpoczęła przygodę pisarską, pracowała w studiu telewizyjnym BBC. Tu po raz pierwszy dał o sobie znać jej literacki talent, gdy w czasie nadzorowania prób do jednej z audycji napisała własną – wyemitowaną wkrótce potem – sztukę. Jednak, jak sama twierdzi, angielski klimat okazał się dla niej zbyt chłodny i wkrótce potem wyjechała do Australii, by po krótkim epizodzie w Australian TV przenieść się już na stałe do Kalifornii.
Karierę pisarską zaczynała jako autorka książek dla dzieci i młodzieży. Ich sukces zachęcił ją do spróbowania sił w literaturze kryminalnej już dla dorosłych, a sławę przyniósł jej cykl powieści o przygodach konstabla Evana Evansa. Już wówczas dała się poznać czytelnikom jako autorka potrafiąca znakomicie splatać losy fikcyjnych postaci z faktami historycznymi i dbająca o odtworzenie realiów i atmosfery opisywanych czasów. Cykl o śledztwach irlandzkiej detektyw Molly Murphy ugruntował jej pozycję jako mistrzyni kryminału w stylu retro.
Sympatię wzbudziła przede wszystkim główna bohaterka, która oczekuje od życia znacznie więcej, niż może otrzymać z racji swego urodzenia. Kolejne książki z cyklu zdobyły uznanie nie tylko czytelników, ale i krytyków - za wydane już w Polsce Prawo panny Murphy otrzymała w 2001 roku prestiżową nagrodę Agatha Award przyznawaną najlepszym kryminałom historycznym, a Śmierć detektywa (Noir sur Blanc, 2013) znalazła się rok później w finale tego samego konkursu. Sympatia czytelników nie przeminęła wcale wraz z kolejnymi tomami – wydana w 2012 jedenasta część przygód Molly Murphy niemal natychmiast trafiła na listę bestsellerów „New York Timesa".
Tercet bohaterów wymyślonych przez Rhys Bowen wieńczy seria opowiadająca o losach lady Georgiany („The Royal Spyness Mystery"), arystokratki i krewnej króla Jerzego V, która postanawia porzucić dwór i żyć na własną rękę w Anglii doby Wielkiego Kryzysu (jedna z części tego cyklu również zdobyła Agatha Award).
Fragment książki:
Po południu, kiedy Sid i Gus były zajęte przygotowywaniem uczty homarowej, upięłam starannie włosy, poświęcając na ten cel chyba ze dwadzieścia szpilek, potem włożyłam jedyny porządny kapelusz, jaki znalazłam w szafie, i starając się wyglądać profesjonalnie i poważnie, wyruszyłam na spotkanie z panem Maxem Mostelem. Idąc Bowery na południe, a potem skręcając w Canal Street, czułam coraz większe podekscytowanie i ciekawość. Z całą pewnością nie była to szanowana dzielnica domów mieszkalnych — znajdowały się tu przede wszystkim warsztaty, podupadłe bary i gdzieniegdzie obskurne pensjonaty. Do głowy by mi nie przyszło, żeby szukać klientów w takiej okolicy. Pod numerem 438 nie było żadnych mieszkań. Drzwi na parterze stały otworem, a ze środka dobiegały dźwięki młotków i maszyn do szycia. Jakiś człowiek nakładał bejcę na świeżo zrobione krzesło. Zapytałam go o pana Mostela i zostałam skierowana do drugiego wejścia za rogiem, a potem na górę. Wiedziałam już, że idę do biura, nie do mieszkania. Wspięłam się ciemnymi, wąskimi schodami najpierw na pierwsze, potem na drugie piętro; w końcu na trzecim stanęłam przed drzwiami z tabliczką: MOSTEL I KLEIN, MODA DAMSKA. Zapukałam i weszłam do korytarza, w którym przygotowywano paczki z ubraniami. W pomieszczeniu kręcili się pracownicy, nosząc wielkie pudła. Układali je na prymitywnej platformie przy oknie, po czym spuszczali na ulicę. Zapytałam o pana Mostela.
— Jest w biurze. Dwa piętra wyżej. Proszę przejść przez halę główną i znaleźć schody na samym końcu — powiedział jakiś starszy mężczyzna, ocierając pot z twarzy.
Pokonałam więc jeszcze dwie kondygnacje i zatrzymałam się przed zamkniętymi drzwiami. Zapukałam, a kiedy pozwolono mi wejść, ujrzałam przed sobą ciemną salę pełną ciasno ustawionych stanowisk z maszynami do szycia. W równych rzędach siedziały młode dziewczyny i pochylały się każda nad swoim kawałkiem materiału. Widok nie był mi zupełnie obcy. Kiedyś, gdy imałam się każdego zajęcia, jakie wpadło mi w ręce, pracowałam w podobnym miejscu. Nie podobało mi się ani tam, ani tutaj. W pokoju huczało od maszyn. Sto par nóg naciskało na pedały, sto igieł wędrowało w górę i w dół. Przy ścianach jedna na drugiej leżały bele materiałów. Panowała tu straszna duchota, a podłogę pokrywała gruba warstwa kurzu. Kiedy kichnęłam, kilka dziewcząt odwróciło się w moją stronę, popatrzyło przez chwilę, a następnie wróciło do swojej pracy. Odniosłam wrażenie, iż żałują, że oderwały się od swoich zajęć. Nikt nie odezwał się ani słowem, gdy szłam przez salę, ale w końcu usłyszałam za sobą męski głos:
— Hej, a ty dokąd?
Właściciel każdej szwalni na świecie zatrudnia przynajmniej jednego wrednego kierownika, który ma za zadanie siać postrach wśród szwaczek. Ten był blady i wątły, a w oczach miał coś, co bardzo mnie zaniepokoiło. Wydawał się zdecydowanie gorszy niż mój przełożony w szwalni, w której kiedyś pracowałam. Na szczęście nic mi nie mógł zrobić. Spojrzałam wyniośle.
— Zmierzam do biura pana Mostela. Może pan zapytać, czy mnie teraz przyjmie?
— Do biura pana Mostela? Widzę, że panna Ważniacka. Jeśli chodzi o pracę, to ja tu rządzę. Szef nie życzy sobie spotkań ze śmierdziuchami.
— Wykąpałam się dzisiaj rano, więc nie jestem śmierdziuchem — odparłam i usłyszałam, jak dziewczęta, które rozumiały angielski, chichoczą.
— Dzisiaj rano otrzymałam list od pana Mostela. Prosił w nim, bym czym prędzej złożyła mu wizytę.
Już miałam mu wręczyć swoją wizytówkę, ale przypomniałam sobie, że sprawa jest poufna i delikatna. Nie ma potrzeby informować tego obrzydliwego typka i jego podopiecznych, w jakiej sprawie odwiedzam ich szefa.
— Chodź za mną — powiedział. — Ale jeśli będzie wściekły, to nie moja wina.
Poprowadził mnie kolejnymi schodami, om?ając slalomem stojące niemal na każdym schodku pudełka z nićmi i tasiemkami. Zapukał do drzwi, a potem otworzył je ostrożnie.
— Panienka do szefa. Podobno dostała od pana list.
Minęłam mężczyznę i weszłam do środka. Biuro było malutkie i zagracone. Na podłodze znów leżały bele materiału. W rogu stał manekin w bluzce z falbanami i czarnej spódnicy. Pan Mostel siedział przy biurku, na którym panował niewyobrażalny bałagan. Był mężczyzną przy kości, o pokaźnych szczękach. Wyraźnie pocił się w trzyczęściowym garniturze. W kąciku ust trzymał cygaro.
— Tak. O co chodzi?
Wręczyłam mu wizytówkę.
— Napisał pan do mnie, więc przyszłam.
Spojrzał na wizytówkę, potem na pomocnika.
— No i czego jeszcze tu stoisz?! — krzyknął z silnym akcentem. — Biegiem na dół, zanim któraś z dziewczyn znów schowa sobie parę metrów mojej wstążki pod spódnicę. Dalej, szybko! Raus! I zamkn? za sobą drzwi.
Pomocnik uczynił to z wielkim hałasem. Kiedy zniknął, Max Mostel zmarszczył brwi i bacznie mi się przyjrzał.
— Rzeczywiście napisałem do pani?
Przytaknęłam.
— Panna Murphy. Młodszy partner w firmie Paddy'ego Rileya. Przykro mi, jeśli spodziewał się pan mężczyzny, ale zapewniam, że jestem bardzo skuteczna.
— Nie, nie spodziewałem się mężczyzny — odparł. — Do tego zlecenia potrzebuję kobiety. Pytałem trochę na mieście. Ptaszki ćwierkały, że właśnie pani zajmuje się takimi sprawami. Mam rację?
— Nie wiem, o co konkretnie chodzi, panie Mostel.
— Potrzebuję szpiega. Szpiega, który czegoś się dowie.
— Rozumiem. A czego konkretnie, jeśli mogę wiedzieć?
Pochylił się konfidencjonalnie w moją stronę, mimo że drzwi były zamknięte i nikt nie przysłuchiwał się naszej rozmowie.
— Mamy tu wtyczkę.
Rozejrzałam się po pokoju, niepewna, o czym mówi.
— Wtyczkę? — powtórzyłam.
— Mamy w naszych szeregach zdrajcę, panno Murphy. Sprzedawczyka. Proszę spojrzeć na te projekty. — Wręczył mi katalog otwarty na stronie z rysunkiem długiej gładkiej sukni z wysokim kołnierzem i rozkloszowanym dołem.
— Bardzo ładna — zauważyłam.
— I była w sprzedaży we wszystkich dobrych sklepach już tydzień wcześniej, nim my ukończyliśmy pierwszą partię. Z naszytą metką Lowensteina. Mój wzór! Moja sukienka! Ale cholerna metka jego.
— Jest pan pewien, że to nie pechowy zbieg okoliczności?
Potrząsnął głową tak gwałtownie, że aż zadrgały mu policzki.
— Ukradziono mi ten wzór sprzed nosa! I to nie po raz pierwszy. Panno Murphy, mam wśród pracowników zdrajcę, który jednocześnie pracuje dla Lowensteina. Zdrajcę z lepkimi łapskami, co kradnie moje projekty i potajemnie przekazuje konkurencji, a ta w pośpiechu je kopiuje.
— I chce pan, żebym się dowiedziała, kim jest ta osoba?
— Właśnie tak. Czy kiedykolwiek miała pani do czynienia z przemysłem włókienniczym, panno Murphy?
— Bardzo krótko.
— Ale będzie pani potrafiła obsłużyć maszynę do szycia?
— Jako tako.
— To i tak bez znaczenia. Przyjmiemy panią do nas, przeszkolimy,
a kiedy nabierze pani wprawy, poproszę, by podjęła pani pracę u Lowensteina. Będzie pani mieć oko na pracowników w obydwu firmach. Zobaczymy, kto da się złapać na gorącym uczynku.
Kiwnęłam głową.
— Dobrze, niech tak będzie. Kto ma dostęp do pańskich wzorów?
— Niewiele osób. Krawcowe i krojczy widzą je w całości, ale dziewczęta na dole szyją tylko po kawałku, to, co akurat im przydzielimy. Martwią się albo o rękaw, albo o kieszeń czy kołnierzyk. Nigdy nie widzą projektów w całości.
Dotknął czubka nosa.
— Co oczywiście nie znaczy, że jakaś bystra dziewczyna nie mogłaby węszyć, gdyby się postarała. Tylko nie wiem w jaki sposób. Przez większość dnia jestem w biurze. Projekty trzymam w tej szufladzie. A kiedy wychodzę, zawsze zamykam drzwi na klucz.
— Czy na tym piętrze znajduje się tylko pańskie biuro? A pan Klein?
— Pan Klein? — Mostel wydawał się zaskoczony. — Nie żyje, panno Murphy. Nie ma go z nami już dwa lata. Panie świeć nad jego duszą!
— Bardzo mi przykro. Kto w takim razie może zaglądać do pańskiego gabinetu w ciągu dnia?
— Mój zastępca, prawa ręka, ale proszę mi wierzyć, mam do niego całkowite zaufanie. Wzory wykonujemy na zapleczu, w małym pokoiku za biurem, więc nikt nie może strojów zobaczyć, dopóki nie są gotowe. A poza tym jeśli jest problem z pracownicą na dole, to zawsze ja schodzę na salę, dziewczęta nie zaglądają tutaj do biura.
— A kupcy?
— Też ja się do nich fatyguję. Przecież nie mogę im kazać wchodzić na piąte piętro.
— To może ktoś podkrada projekty, gdy wszyscy inni idą do domu?
— Zabieram rysunki ze sobą.
— W takim razie złodziejem jest ktoś, kto przebywa tu za dnia.
Kiwnął głową.
— Taka drobna zagadka, prawda? Panno Murphy, podejmie się pani tego zadania? Postaram się to pani wynagrodzić.
— Ta praca może mi zająć ładnych parę tygodni — odparłam. — Oczekuję wynagrodzenia w wysokości stu dolarów oraz pensji, jaką bym tutaj dostawała za pracę szwaczki.
Położył rękę na piersi.
— Sto dolarów? Panno Murphy, pani ma mi pomóc, a nie doprowadzić mnie do ruiny.
— Zapewniam pana, panie Mostel, że jest to suma, z którą muszą się liczyć moi klienci. Jeśli sądzi pan, że znajdzie się ktoś, kto wykona tę pracę za mniejsze pieniądze... — Wstałam, nie kończąc zdania.
Pan Mostel wzruszył ramionami.
— Cóż, jeśli jest to cena, którą muszę zapłacić, by spać spokojnie, pewnie nie mam wyjścia. Dzieci będą musiały przez parę miesięcy zadowolić się kapuśniakiem i ciemnym chlebem.
— Słyszałam, że kapuśniak to bardzo zdrowa zupa, jeśli się ją odpowiednio doprawi — zauważyłam.
Pan Mostel uśmiechnął się, a cygaro w jego ustach podskoczyło z góry na dół.
— W takim razie umowa stoi, panno Murphy. — Wyciągnął do mnie tłustą dłoń.
Podałam mu swoją.
— Miło mi, panie Mostel. Zabieram się do pracy.