Znał pan taką rodzinę jak Swartowie, których losy śledzimy w „Obietnicy”?

To fikcyjna rodzina, którą wymyśliłem zainspirowany opowieściami przyjaciół. Pierwsza historia dotyczyła czterech kolejnych pogrzebów w jednej familii, na które mój znajomy się stawiał. Drugi przyjaciel opowiedział mi, jak jego matka na łożu śmierci poprosiła bliskich, by obiecali, że oddadzą skrawek ziemi z domkiem czarnej kobiecie, która się nią zajmowała pod koniec życia w chorobie.

Te mocne historie dały fundament niezwykłej sadze. Ojciec jest Afrykanerem, a jego żona pochodzi z rodziny żydowskiej.

Sytuacja w książce jest nieco inna niż w mojej rodzinie. Matka dorastała na farmie podobnej do tej, którą opisałem w powieści. Przyjeżdżaliśmy tam na weekendy. Ojciec był Żydem, jego rodzina wyjechała z Litwy przed II wojną światową. Matka, wychodząc za niego, zmieniła wiarę. Mimo to rodzina Swartów nie jest odwzorowaniem mojej, choć nie jest bardzo od niej różna. Chciałem, żeby była reprezentatywna dla białej, południowoafrykańskiej społeczności z ostatnich 40 lat, która wbrew pozorom jest zróżnicowana. To poza Afrykanerami wywodzącymi się z Holandii wrzący kocioł etniczny, podobnie jak inne społeczeństwa postkolonialne.

Poznajemy historię Antona Swarta, który w 1986 r. wychodzi z wojska straumatyzowany. Życiorys, jakich wiele w RPA?

W tamtym czasie dwuletnia służba wojskowa to był obowiązek każdego młodego, białego mężczyzny. Można było ją odbyć po szkole lub po studiach. Wybrałem to pierwsze i służyłem w lotnictwie. Spędziłem ten czas za biurkiem i ominęło mnie to, czego doświadczyło wielu rówieśników. Na granicy z dzisiejszą Namibią i Angolą trwała na przełomie lat 70. i 80. wojna. Kilka lat później armia była wysyłana głównie do osiedli zamieszkanych przez czarną ludność. Moi znajomi ze szkoły strzelali do ludzi i do nich także strzelano. Na terenach zamieszkanych przez czarnoskórych Afrykańczyków trwały nieustanne zamieszki, a armia białych miała je gasić.

A kiedy pan się zorientował, że z krajem coś jest nie tak?

Jeśli dorastałeś w RPA w tamtych czasach, serwowano ci gotową opowieść, dlaczego kraj wygląda tak, jak wygląda i że inni ludzie nas nie potrafią zrozumieć. Każdy, kto chciał pojąć, jakie jest naprawdę nasze państwo, musiał pozbyć się politycznego filtra i zapomnieć o nieprawdziwej historii. Rzadko kiedy bywa to moment olśnienia, o którym czytamy w powieściach. Życie jest mniej spektakularne i powolniejsze. Ja na przykład dopiero w czasie studiów w Cape Town po raz pierwszy poczułem, że mam inne zdanie niż to odgórnie narzucone. Pewnie trochę pod wpływem atmosfery kampusu studenckiego, bardzo wojowniczego i lewicowego. Brałem udział w protestach studenckich, policja zatrzymywała moich przyjaciół, nieraz dostałem po głowie batem od mundurowych, którzy rozganiali demonstracje. Wtedy poczułem, że jestem po tej drugiej stronie.

Śmierć na ulicach była tak powszechna, jak pan to opisał?

Autopromocja
Wyjątkowa okazja

Roczny dostęp do treści rp.pl za pół ceny

KUP TERAZ

Nie było niczym nadzwyczajnym, że poborowi mieli na sumieniu ludzi, których zabili w czasie służby. Nawet nie uważano tego za morderstwo i nie dyskutowano o tym. Ale też wielu białych Afrykańczyków zginęło w czasie tych walk albo doświadczyło silnej traumy. O tym wszystkim, o całej tej przemocy się nie mówi. To jeszcze jedna biała plama w naszych dziejach.

Dzisiaj wahadło się obróciło i to biali mieszkańcy RPA narzekają na przemoc i napaści.

Przemoc na sposób karmiczny wróciła do białych Afrykańczyków i dziś płacą oni za to, że przez długi czas wiedli wygodne życie, separując się od czarnoskórych. Południowa Afryka była i jest przesiąknięta przemocą, którą można było zobaczyć nawet w domach. Mój ojczym był niezwykle brutalnym człowiekiem w stosunku do mojej matki, siostry i nas wszystkich. Wiedziałem, że w innych rodzinach też tak było. W armii można było oberwać kulą lub kogoś zastrzelić. W czasie służby uniknąłem największego zamachu bombowego, który przeprowadził Afrykański Kongres Narodowy przeciwko apartheidowym władzom, mającym siedzibę naprzeciwko dowództwa wojsk lotniczych. Chwilę wcześniej szedłem ulicą i minąłem samochód, który był wypełniony materiałem wybuchowym. Wielu ludzi z mojego biura zginęło. Później też widziałem przeróżne incydenty, policyjną przemoc, zamieszki.

Dzisiejsza przemoc ma inny charakter – to uliczne napady, włamania, rozboje.

Kiedy czyta się na przykład o włamaniach i torturowaniu starszych, białych małżeństw, to nie sposób pomyśleć, że jest to rodzaj rasowej zemsty i kary za dawną politykę, jaką prowadzono przez dekady. Biali ludzie reagują na to strachem, zakładają alarmy, chowają się w osiedlach za murami. Strach i przemoc zawsze definiowały nasze społeczeństwo. Przydałaby się nam długotrwała terapia. Ale nie jesteśmy pacjentem, tylko krajem, więc po prostu trwamy w tym stanie.

W latach 90. RPA utożsamiano z sukcesem politycznym. Kiedy zorientowaliście się, że rzeczywistość skrzeczy, a nierówności nie znikają?

Tytuł mojej powieści odnieść można także do obietnicy lepszej przyszłości, w którą wszyscy wierzyliśmy, kiedy Nelson Mandela doszedł do władzy po pierwszych wolnych wyborach w 1994 r. Dziś kraj jest na granicy bankructwa, tak wiele pieniędzy zostało rozkradzionych lub zmarnotrawionych. Ale już po roku 1999, za prezydentury Thabo Mbekiego, zorientowaliśmy się, że nie nakreślono planu, by zwiększać równość w dostępie do zasobów ekonomicznych. Liczono, że kiedy powstanie nowa elita, pieniądze po prostu popłyną do biedniejszych. Nie nakreślono jednak żadnego programu socjalnego, który poprawiłby edukację biednej części społeczeństwa i rozwiązał choćby część problemów mieszkaniowych. Zamiast tego pieniądze płynęły strumieniami na kontrakty zbrojeniowe, przy których najłatwiej można było się nakraść. Potem za prezydentury Jacoba Zumy zaczęło być oczywiste, że kraj jest skorumpowany. I że nikomu z polityków nie zależy, by zmniejszyć nierówności. Dzisiaj borykamy się ze skutkami tego. W 2021 r. skazano Zumę na skandalicznie krótką karę więzienia, co wywołało spore zamieszki. Obawiam się, że takich zdarzeń będzie więcej.

„Obietnica” porywa historią, ale też formą. Narracja, porównywana do dokonań Williama Faulknera i Virginii Woolf, jest płynna – raz głos pochodzi od żywych, raz od umarłych. Wciąż zmienia się punkt widzenia i dystans.

Ostateczną formułę osiągnąłem na późnym etapie pisania powieści. W międzyczasie odciągnęło mnie na osiem miesięcy zlecenie scenariopisarskie i kiedy wróciłem do pracy nad „Obietnicą”, moja wyobraźnia wciąż pracowała w trybie filmowym. Zrozumiałem, że jeżeli podejdę do prozy w podobny sposób jak do scenariusza i potraktuję narratora jak oko kamery, która może przeskakiwać z miejsca na miejsce, na różne poziomy czasowe i do różnych postaci, pozwoli mi to wyrazić myśli, których nie byłem w stanie oddać wcześniej. Gdyby nie filmowa praca, „Obietnica” byłaby pewnie dość zwyczajną powieścią.

Damon Galgut urodził się w 1963 r. w Pretorii. „Obietnica” jest jego ósmą powieścią, trzecią przetłumaczoną na język polski