Zabawa na dziesiątych urodzinach Open'era rozkręca się powoli. W czwartek, w pierwszym dniu imprezy, tłumy zjawiły się niemal w ostatniej chwili, gdy po godz. 22 Chris Martin siadał do fortepianu. Nie było powodu zjawiać się wcześniej – tegoroczny program jest mniej spektakularny niż poprzednie. Publiczność nie kursuje nerwowo między scenami. Coldplay nie mieli konkurencji.
Najpierw rozbłysły kolorowe reflektory, a nad sceną wybuchły ogniste kule. Koncert zaczął się od "Hurts Like Heaven" – barwne światła, fajerwerki, dynamiczna muzyka i energia Chrisa Martina zostały połączone w stymulującą miksturę.
Martin to liryczny czarodziej, który rzuca na publiczność miłosne zaklęcia, chce wszystkich zarazić optymizmem i zabrać do nieba. W "Yellow" scenę zalały żółte światła, dzięki którym muzycy jawili się jako nierealne postaci, a pomalowane w różne wzory instrumenty wyglądały na zaczarowane. Martin trzyma gitarę blisko ciała, jakby tulił towarzyszkę.
Wygląda na mocno używaną, jest pomazana flamastrami, a wraz z niezobowiązującą koszulą i uśmiechem Martina pozwala wierzyć, że mamy przed sobą nie wielką gwiazdę rocka, ale grajka fundującego sobie i nam chwilę przyjemności. W "In My Place" do energicznego grania dorzucił niebieskie światła i garść kolorowego konfetti.
Serdecznie witał się z Polakami i dziękował, że na nich poczekaliśmy – zespół był u nas po raz pierwszy. W świecie Coldplay nie ma miejsca na niepokój, a melancholijne nuty zjawiają się w tak subtelnej formie, że smutek staje się słodki.
Pierwszym wielkim utworem wieczoru był "The Scientist". Martin zaczął sam, przy fortepianie, wkrótce dołączyli do niego Polacy, których chwalił za fantastyczny śpiew. Dopiero później perkusja wyznaczyła niespieszny rytm i opowieść o rozstaniu nabrała pełnego wyrazu.
To był najbardziej wzruszający moment, ale dopiero po nim zaczęła się karuzela nastrojów. Coldplay ułożyli program zapewniający dużo wrażeń: grali przeboje i premierowe piosenki, trzymali w napięciu i ciekawości do końca. W "Violet Hill" wyraźne rockowe frazowanie nagle ucichło – Martin wyśpiewał refren łagodnie, po czym zaznaczył silny puls "Got Put a Smile on Your Face". Gdyby nie jego głos, chwilami łatwo byłoby ten koncert pomylić z występem U2.
Inspiracje słychać głośno i wyraźnie, ale kto by się tym przejmował w środku widowiska, które Martin zaplanował jako uszczęśliwiającą terapię. Grał z zaraźliwą radością, szybko zmieniał instrumenty i utwory. Gorycz "Politik" skontrastował witalno-ścią "Viva la Vida" i energią "Charlie Brown". A na koniec w "Fix You" zapewniał, że wszystko naprawi i uleczy. I że w trudnych chwilach wystarczy podążać za światłem.
Scena znów rozbłysła, a Coldplay zniknęli jak XXI-wieczni kaznodzieje, którzy spieszą się, by dać nadzieję kolejnym potrzebującym.
Paulina Wilk