Dwa lata temu zdobył Złotego Lamparta w Locarno za trwający pięć i pół godziny film „Z tego, co było, po tym, co było”. Podczas ostatniego Berlinale zaprezentował ośmiogodzinną „A Lullaby to the Sorrowful Mystery” o rewolucji filipińskiej w XIX wieku, zdobywając nagrodę Bauera za innowacyjność i otwieranie w kinie nowych perspektyw. Teraz w Wenecji o Złotego Lwa walczy jego „The Woman Who Left”. Czterogodzinna. Krytycy narzekają, bo jak tu w czasie filmowej imprezy wykroić wiele godzin na oglądanie filmu, ale przecież te obrazy nie pozostawiają obojętnym.

Nakręcona na czarno-białej taśmie „Kobieta...” to historia nauczycielki, która została aresztowana za morderstwo i 30 lat spędziła w więzieniu. W jednej z pierwszych scen zostaje wezwana do naczelniczki więzienia. Prawdziwa morderczyni, kiedyś przyjaciółka Horacii, dręczona wyrzutami sumienia, wyznała prawdę. To ona zabiła zrzucając winę na Horacię. Została wynajęta przez byłego ukochanego Horacii, który nigdy jej nie wybaczył, że wyszła za mąż za innego mężczyznę i urodziła mu dwoje dzieci. Dlatego wrobił ją w zbrodnię, której nie popełniła. Po wyjściu z więzienia Horacia usiłuje rozliczyć z własnym, straconym życiem. Jej mąż już nie żyje, ale kobieta spotyka się z córką, którą ostatni raz widziała, gdy dziewczynka miała siedem lat, a teraz sama jest matką. Próbuje odszukać syna, który zniknął i nikt nie wie co się z nim dzieje. Zrozumieć. I zemścić się na człowieku, który zniszczył jej życie. Nie jest to łatwe, bo Rodrigo jest dziś silną, wpływową personą.

Diaz, który zasłynął filmami politycznymi, teraz opowiada ludzką historię o zemście i wybaczeniu. Kamera długo obserwuje każdą sytuację, samotność bohaterki i jej rozmowy z ludźmi.

Chwile rozpaczy, gdy płacze z bólu i chwile nieśmiało powracającego szczęścia, gdy przytula córkę. Przede wszystkim jednak pokazuje mechanizmy zemsty. Poruszającą kreację tworzy w „The Woman Who Left” Charo Santos-Concio, która dwadzieścia lat temu zrezygnowała z kariery aktorskiej, by zająć się produkcją filmów.

— Wróciłam przed kamerę, bo miałam szansę poznać Lava, interesował mnie jego sposób patrzenia na kino — mówiła w Wenecji.

A sam Diaz?

— Robię filmy nie myśląc o żadnych ograniczeniach — twierdzi. — Dwie godziny? A dlaczego? Mam prawo pracować inaczej, jestem wolnym człowiekiem.

I choć towarzyszenie Diazowi w filmowej przygodzie bywa trudne i czasochłonne, trzeba przyznać, że może stać się ciekawym i głębokim przeżyciem.

—Barbara Hollender z Wenecji

Autopromocja
ORZEŁ INNOWACJI

Ogłoszenie wyników konkursu już 28 września

Dowiedz się więcej