Zainteresował się pan Krzysztofem Krawczykiem jeszcze przed jego śmiercią. Dlaczego?

Dla mnie zawsze intrygujące jest zderzenie mitu i wyobrażenia, które powstaje z drugiej strony ekranu telewizora, z życiem. To tak, jakby iść na wyprawę ze świata baśni do świata rzeczywistego, nasyconego bólem, problemami, czasem przyziemnością, ale też i szczęściem. Przekraczanie i krążenie wokół tej granicy jest bardzo interesujące. Myślę, że ten proces towarzyszy każdemu, a w przypadku osoby znanej rozwarstwienie między dwoma światami staje się jeszcze bardziej wyraźne, a przez to dostrzegalne. W przypadku Krzysztofa Krawczyka zarówno ta jedna, jak i druga strona lustra jest bardzo bogata i fascynująca. Droga artystyczna i historia życia.

Artysta zmarł nagle i premiera z szacunku dla rodziny została przełożona. Ale też zespół był w szoku, nie wiedział, jak sobie poradzić z odpowiedzialnością po śmierci, bądź co bądź, łodzianina.

Zdarzają się takie chwile, kiedy ten – fikcyjny jednak – obszar sztuki przenika się z rzeczywistością. To tak, jakby życie dogoniło tę przestrzeń. Po rozmowie z Ewą Pilawską, dyrektor Teatru Powszechnego w Łodzi, naturalną reakcją dla wszystkich było przesunięcie terminu prapremiery. Powrót później był trudny, ale wtedy myślałem o tej pierwszej intuicji, z której miał powstać spektakl „Chciałem być". Starałem się stanąć niejako z boku i przyjrzeć się jej. Pozostało jedno wyjście – po prostu zająć się pracą. Zawsze uważałem, że teatr i sztuka wychodzą także z potrzeby przepracowywania bólu po stracie czy po prostu z takiej, a nie innej natury życia. Odsunąłbym jednak to zagadnienie w obszar tajemnicy, a pytanie o odpowiedzialność za taki stan rzeczy pozostawiłbym pytaniem otwartym.

Był czas, kiedy Krawczyk kojarzył się z tzw. peerelowskim obciachem. Dziś to gotowa reklama. Co się z nami stało? Widzimy, że wszystko wraca na stare tory? Czy jesteśmy politycznie zdystansowani do przeszłości i polityki?

Z mojej perspektywy polityka najbardziej miała wpływ na twórczość Krawczyka po 1989 roku, bo właśnie wtedy jego piosenki praktycznie zniknęły z anten. I dopiero później nastąpił moment ich odpolitycznienia, wróciły, wytrzymując próbę czasu. Jeśli coś je łączyło z PRL-em, to bardziej to, że były częścią tych „zwykłych żyć", które toczyły się obok tak zwanej dużej historii. Zresztą najczęściej tworzyli je świetni kompozytorzy, te piosenki to znak charakterystyczny Krawczyka, który stawał na scenie sam z orkiestrą naprzeciw wielotysięcznej publiczności i musiał dać radę. A przecież widownia przyjmowała go bardzo spontanicznie i entuzjastycznie.

Michał Siegoczyński i Mariusz Ostrowski

Michał Siegoczyński i Mariusz Ostrowski

PAP/Grzegorz Michałowski

Ostatecznie Krawczyka docenili też młodsi: Bartosiewicz, Smolik, Bregović. Czy dlatego, że artysta ze wspaniałym głosem był normalnym człowiekiem, który nie udawał?

Tak, wiele osób, które wspominają Krzysztofa Krawczyka, podkreśla ten jego spokój i ciepło. Mam wrażenie, że on wraz z upływającym czasem jeszcze bardziej zyskiwał dystans do siebie i własnej kariery. Przeglądając mnóstwo wywiadów, robiła na mnie wrażenie jego szczerość i bezpośredniość w mówieniu o swoim życiu, a także wymienianie bez ogródek własnych życiowych błędów. Jeśli chodzi o ten powrót Krawczyka w zetknięciu się z młodymi artystami – wydaje mi się, że było to obustronne promieniowanie. Można powiedzieć, że dla nich też nobilitacją było spotkać się w pracy z panem Krzysztofem. Jest taka wypowiedź Kayah, że była zaskoczona, gdy dowiedziała się, że po wydaniu jakiejś płyty z przebojami Krawczyk swoimi koncertami wypełnił Salę Kongresową do ostatniego miejsca, chyba 17 dni z rzędu. To rekord niepobity do dzisiaj. W życiu twórczym te udane powroty i kolejne wskrzeszenia kariery to znamienny znak drogi zawodowej Krawczyka. Powiedzmy, że przepis był prosty, ale one naprawdę się po prostu udały.

Autopromocja
Ranking Samorządów

Poznaj najlepsze samorządy w Polsce

WEŹ UDZIAŁ

Czy wykorzysta pan w spektaklu piosenki Krawczyka?

Oczywiście, są one integralną częścią jego życia. Zawsze ciekawy jest też ten profetyczny wymiar sztuki, kiedy komentuje ona, chcąc, nie chcąc, prywatne życie. Czasem w spektaklu zacytowany jest występ, na przykład z któregoś festiwalu, i wtedy te aranżacje są zbliżone do oryginalnych.

W sztuce pojawiają się inne publiczne postaci?

Wybrałem niektóre. Pokazujemy wyjątkowe spotkanie z Jarkiem Kukulskim – w noc po śmierci Anny Jantar. Mam wrażenie, że z tego jednego spotkania mogłaby powstać osobna kameralna sztuka.