Nietypowa - bo o motoryzacji - rozmowa

z Wiesławem Michnikowskim z archiwum "Rzeczpospolitej"

Nawet najlepsi aktorzy miewają tremę. A kierowcy?

WIESŁAW MICHNIKOWSKI:

Kilkadziesiąt lat prowadzę samochody, a tremę mam coraz większą. Naokoło coraz więcej niedouczonych kierowców. Przekraczają przepisy, nie honorują znaków drogowych, wymuszają pierwszeństwo, wyprzedzają na pasach, zajeżdżają drogę. Nagminnie blokują prostopadły ruch, wjeżdżając na skrzyżowanie, którego nie będą mogli opuścić przed zmianą świateł. Na jezdniach wieje grozą. W centrum Warszawy jechał naprzeciw mnie motocyklista na jednym, tylnym kole. Jak cyrkowiec. I nikt go nie powstrzyma. Jak staje dęba, to nawet nie odczyta się jego numeru rejestracyjnego. Jestem nauczony jeździć zgodnie z przepisami i, odpukać, nigdy nie miałem żadnych awaryjnych sytuacji.

Od kiedy datuje się pana zainteresowanie motoryzacją?

Od dziecka. W czasie okupacji, żeby mieć tzw. Arbeitskarte, pracowałem w warsztatach samochodowych w dawnej fabryce Handkego przy ul. Srebrnej w Warszawie. Byłem pomocnikiem montera. Większość monterów to byli przedwojenni taksówkarze warszawscy, więc "wiechowskie" dialogi leciały na okrągło. W każdym takim zakładzie był tzw. Aufseher, przeważnie Volksdeutsch. Kiedyś taki nadzorca zaczął nas rugać, że tylko gadamy, a robota leży. Wtedy jeden z monterów mówi: "Panie Aufseher. Ja jestem obrzydliwy człowiek. Wie pan, przychodzę, a tu na tokarce leży włos. I takiego obrzydzenia do roboty dostałem...". Pracowałem i jednocześnie kończyłem technikum samochodowe na Hożej, bo licea były przez okupanta zamknięte. Otrzymałem dyplom Techniker für Kraftwagenbau zu führen, czyli technik samochodowy. Pracowałem później jako Ersatzteilbeschaffer, czyli dostawca części zamiennych w firmie Bothama na Wolskiej. Wysyłali mnie z katalogiem do magazynu na Noakowskiego i przywoziłem, co trzeba. Organizacja godna podziwu. Części leżały na półkach. Można było dostać wszystko do dowolnej marki wozu według numerów katalogowych. Nie tylko do niemieckich, ale i francuskich, i z całej Europy.

Wtedy zapewne zrobił pan też prawo jazdy?

Tak, w znanej szkole Prylińskiego w Alejach Jerozolimskich, tam, gdzie teraz stoi Marriott; drugą szkołę miał Tuszyński na Nowym Świecie. Na całe życie utkwiła mi w pamięci próbna jazda z instruktorem, który oczywiście był w stanie wskazującym na spożycie. Jesienna plucha, tuż przed godziną policyjną, rok 1943. Na przystanku przy Chałubińskiego zatrzymał się tramwaj. Z przedniego pomostu "Nur für Deutsche" wysiadł żołnierz Wehrmachtu. Instruktor go zobaczył, złapał kierownicę i nacisnął gaz do dechy: "Przejedź tego sk..., przejedź go!". Doszło do tego, że z pijanym instruktorem musiałem walczyć o życie tego Niemca. Uratowało mnie jedno. To nie był samochód na benzynę, tylko półciężarowy opel na tzw. Holzgas, z kotłem i paleniskiem za szoferką, w związku z czym nie miał zrywu. Inaczej prawdopodobnie nie mielibyśmy okazji porozmawiać.

A z Niemcami uniknął pan przygód?

Różnie bywało... Kiedy hitlerowska ofensywa ruszyła na Związek Radziecki, przyjechało do nas hansą feldgrau dwóch niemieckich oficerów. Śpieszyli się na front. Kazali dotrzeć zawory i wymienić akumulator. Silnik był dolnozaworowy, więc zdjęliśmy głowicę. Kolega docierał, ja podłączałem akumulator. Dałem iskrę na masę i nagle auto zaczęło się palić. Do gaszenia użyliśmy piasku. Niestety, cylindry były odkryte i w każdym z nich utworzyła się piaskowa babeczka. Oficerowie wrócili, podnieśli wrzask, że sabotaż. Mieliśmy już śmierć w oczach. Wybronił nas Aufseher, tłumacząc, że na skutek wadliwej instalacji nastąpiło zwarcie. Ale tym samochodem już na Wschód nie pojechali. Innym razem, gdy pracowałem w warsztatach na Wolskiej, miałem po remoncie pojechać na przegląd na Noakowskiego. Aufseher uparł się, że zabierze się ze mną. Był to Niemiec, którego mostem powietrznym przerzucili spod Stalingradu. Każde trzaśnięcie szufladą sprawiało, że skakał pod sufit. Jedziemy. W okolicach kościoła św. Wojciecha zgasł mi silnik. Typowy objaw braku paliwa. Mówię: "Kein Benzin", a mój pasażer zaczyna się mądrzyć. Podniósł maskę, grzebie. W pewnym momencie każe mi włączyć rozrusznik. Włączam. Spoza podniesionej maski słyszę jego okropny wrzask. Włożył dłoń w łopatki wentylatora. Krew się leje, on zdrową łapą sięga do kabury, ludzie uciekają z ulicy. Wtedy zastosowałem jedyny możliwy sposób. Zacząłem krzyczeć: "Ruhe! Sitzen!". Niemiec zgłupiał. Szybciutko usiadł. Podskoczyłem do apteki, zajodynowałem mu ranę, założyłem opatrunek i kazałem czekać. Tramwajem pojechałem po bańkę z benzyną. Poskładałem to, co bez pojęcia poprzestawiał w wozie. Ruszyliśmy dalej.

Panowie jednak uprawialiście w tych warsztatach sabotaż. Na czym polegał?

Majstrem na wydziale silnikowym był pan Zasimski, który przed wojną pracował przy modelu 508 w fabryce Polskiego Fiata. Nie uznawał żadnych niedoróbek. Pilnował, by nie brać klucza czy innego narzędzia ręką pobrudzoną smarami. Miałem na koncie trzy silniki samodzielnie wyremontowane. To były skomplikowane rzeczy: docieranie panewek, pasowanie pierścieni na tłokach. Jak już samochód został doprowadzony do porządku, przed samym odbiorem go przez Niemców wrzucaliśmy do skrzyni biegów kilka sprężynowych podkładek. Samochód wyjeżdżał, a po pewnym czasie skrzynię biegów diabli brali.

Pierwszy wóz kupił pan z demobilu?

Nie. Miałem go do spółki ze szwagrem, który otrzymał przydział na wartburga jako pracownik Ministerstwa Kolei. Taka przyjemność jednak sporo kosztowała, więc nabyliśmy wartburga zespół, wespół. On korzystał z niego w dni nieparzyste, ja - w parzyste. Pamiętam, wychodziłem z Basią Krafftówną z Teatru Komedia na Żoliborzu po próbie sztuki "Jim i Jill". Ona wzdycha: "Jaki fajny samochód". Stał, samotny, przed teatrem. Nie przyznałem się, że mój. Pytam Basię, czy nie zechciałaby się przejechać. Poleciłem jej rozejrzeć się, czy nikt nie widzi. Wyjąłem kluczyki i udałem, że gmeram czymś tam w zamku. Zaprosiłem ją do środka. Wsiadła, choć nie wiedziała, czy śmiać się, czy bać się. Zanim w drodze przyznałem się do żartu, przekonana była, że wiozę ją skradzionym autem.

Miał pan okazję zaimponować koleżance...

No tak. Zwłaszcza, że wtedy o samochód nie było łatwo. Wiązało się to z pisaniem podania do ministra. Przydział się dostawało albo nie. Kiedy w 1957 r. pojechaliśmy z Wagabundą do Stanów Zjednoczonych i Kanady, przeżyłem szok. Wysiadamy z Batorego. Czeka na nas impresario Jan Wojewódka i dwa samochody. A nas, z muzykami i technicznymi, trzynaście osób i mamy jechać do Nowego Jorku. Wojewódka zapytał, czy ktoś z nas ma międzynarodowe prawo jazdy. Ja akurat miałem. Za pół godziny podjeżdżają fordem station wagon. Bez przydziału od ministra poszli do sklepu i kupili. Szok. Biorę kluczyki, a Kazio Rudzki mówi: "Co ty robisz? Czy widzisz, jaki tu ruch?!". A ja mu odpowiadam: "Widzę. Tu zakonnica jedzie, a tam starsza pani, to ja nie pojadę?". Trzy miesiące byłem za drivera. Po powrocie z tych wojaży wyczytałem w gazecie ogłoszenie o samochodzie do sprzedania. Nowa skoda spartak. Klasyczna budowa: silnik z przodu, wiadomo, co pod maską. Jak coś się w drodze zapchało, umiałem sobie poradzić. Zimą, gdy siadał akumulator, zapalałem go na korbę. Złego słowa nie mogę powiedzieć.

Wielokrotnie za kółkiem występował pan w filmach. Np. w "Niebie i piekle"...

Bohater filmu zaczynał tam od weloreksa - samochodziku dla inwalidów. Z przodu dwa koła, z tyłu jedno. Karoseria z ceraty, silnik jawy. W motocyklu zapalałoby się go za pomocą kopnięcia. Trzykołowy pojazd miał natomiast wajchę, którą trzeba było szarpnąć, uważając, by nie stracić ręki. W boschowskiej stacyjce włączało się zapłon, wrzucało jedynkę. Sprzęgło trzeba było odpuszczać powoli, bo nie wiadomo było, jak wóz ruszy: do przodu, czy do tyłu. Zmieniając na wsteczny, musiałem w stacyjce przejść przez zero, uważając, by mi silnik nie zgasł. Przekręcałem kluczyk na odwrót, by obroty zaskoczyły w drugą stronę. Mordęga. Właściciel, który wypożyczył swój wózek do filmu, był w nim zakochany: "Pan wie, ile mogę nim jechać na szosie? Siedemdziesiąt!". Nie przeszkadzało mu, że wieje: "Mam pilotkę!", ani nawet karoseria z ceraty: "Żona mi ją zszywa".

Samochodowe przygody miał pan też na planie "I ty zostaniesz Indianinem".

Jeździłem fiatem multiplą, ze ściętym przodem. Podobnie kolega Zbigniew Kryński. Ujęcie polegało na tym, że się czołowo zderzamy. Specjaliści z komendy ruchu porobili obliczenia, wyrysowali kredą znaki, skąd mamy startować, odkąd jedziemy czterdziestką i kiedy zacząć hamowanie. Mieliśmy się zatrzymać kilkanaście centymetrów przed sobą. Robiłem wszystko według instrukcji, ale współczynnik bezpieczeństwa drogi hamowania był zbyt duży - zatrzymywaliśmy się kilkanaście metrów od siebie. W końcu machnęli ręką: "Jedź pan na czuja". Z przeciwka nadjechał autobus. Kierowca widząc mnie na swoim pasie puścił kierownicę i zasłonił oczy. Jakoś wymanewrowałem. Obok mnie jako pasażer siedział Kazio Brusikiewicz, który cały czas odmawiał litanię.

Myślałem, że w tych scenach brali udział kaskaderzy. Dlaczego pan się na to zgodził?

Hmm... Byłem młody, traktowałem to jako wyzwanie. Jeszcze trudniej miałem w "Gangsterach i filantropach". Jeździłem odkrytą skodą felicią kompletnie ignorując przepisy. Miałem wyprzedzać, wymijać, jak tylko chcę. Dla innych użytkowników dróg poustawiali znaki ograniczenia szybkości do 30 kilometrów na godzinę. Marszałkowska, MDM, godzina szczytu: tramwaje, trolejbusy, które jeszcze wtedy jeździły Piękną. Co ja się wtedy nasłuchałem wiązanek od przechodniów: "Idiota nie kierowca!... O, kapelusz założył!... Jak jeździsz, baranie!". I tak kilkanaście dubli. Jeden z ustawionych na trasie milicjantów powiedział mi później, że gdybym spowodował wypadek, odpowiedzialność spadłaby na mnie. Nie pomogłoby mi żadne filmowe ubezpieczenie.

Jakie auta uważa pan w swoim życiu za znaczące?

Z konieczności polubiłem najlepsze z dostępnych - wartburgi. Miałem ich bodaj sześć. Zawsze o nie dbałem, robiłem przeglądy techniczne. Nigdy w drodze nie miałem żadnej awarii. Po naszych przemianach, dzięki udziałowi w reklamie telewizyjnej, mogłem sobie kupić peugeota 205, którego pokochałem. Osiem lat nim jeździłem.

Jak pan reaguje na ulotki reklamowe, które znajduje pan za wycieraczką?

Z tymi... panienkami? W domu mam już grubą kopertę takich ulotek, bo je skrzętnie zbieram. Jak dotąd, jeszcze nie skorzystałem. -

Wywiad z 2003 roku