Jak każda silna osobowość, angielski tenor Ian Bostridge utworom nadaje własne, indywidualne piętno. Jednocześnie nie należy do tych artystów, którzy w ten sposób starają się odróżnić od innych. Każda jego interpretacja ma źródło we wnikliwej analizie tekstu, muzyki, epoki. Tej naukowej wręcz dociekliwości brakuje często wielu współczesnym gwiazdom żyjących w artystycznym pędzie.

Na festiwal „Chopin i jego Europa” przygotował jedną ze swoich koronnych specjalności: romantyczną pieśń niemiecką, przede wszystkim Roberta Schumanna, ale także Johannesa Brahmsa. Zajmuje się nią od ponad dwóch dekad i choć są u nas puryści językowi, którzy potrafią kręcić nosem na jego niemiecką wymowę, Ian Bostridge doskonale czuje muzyczną wartość tego języka.

Udowodnił to już w pierwszej pieśni Brahmsa. W jej finalnej, prostej frazie „Es sein ein Traum” („To tylko sen”) oddał śpiewem całą ulotność marzenia sennego o miłości, która nie może się spełnić. Te romantyczne klimaty uczuć nieosiągalnych, miłosnych wahań, rozterek, nadziei i dramatów Bostridge umie oddać fascynująco. One też dominowały w recitalu, którego punktem kulminacyjnym stał się słynny cykl „Dichterliebe” Schumanna.

W sztuce wokalnej angielskiego tenora najbardziej chyba fascynuje fakt, że dysponując delikatnym, lirycznym głosem potrafi przekazać tyle odcieni: wykreować obraz monumentalnej katedry w Kolonii, pejzaż sielskiego letniego poranka, opisać perypetię młodzieńca kochającego dziewczynę i oczywiście wszelkie smutki bohatera tej poezji, z którym on sam się utożsamia. Osiąga to również dzięki znakomitemu partnerstwu z Juliusem Drake’em, z którym współpracuje od lat. W pieśniach Schumanna pianista niemal w tym samym stopniu co śpiewak musi kreować muzyczny świat i obaj robią to znakomicie.

Artystyczne partnerstwo przyczyniło się do sukcesu nocnego koncertu festiwalu w bazylice św. Krzyża, gdzie zespół Collegium 1704 wykonał „Requiem” skomponowane przez Gaetano Donizettiego po śmierci swego kolegi, ale i rywala w walce o operową sławę, Vincenzo Belliniego. Dzieło, choć religijne, przesiąknięte jest duchem włoskiego belcanta, tym bardziej więc ciekawiło, jak poradzą sobie z nim czescy wykonawcy (z gościnnym, znaczącym udziałem dwóch polskich śpiewaczek Natalii Rubiś i Agnieszki Rehlis).

Václav Luks, założyciel i szef zespołu Collegium 1704, jest artystą, który potrafi całkowicie oddać się muzyce i przeżywa ją niesłychanie silnie. „Requiem” Donizettiego zabrzmiało więc ciekawie (bo Collegium 170 gra na dawnych instrumentach) i momentami naprawdę pięknie. Nietypowe w tym dziele – religijnym w formie, a operowym z ducha – jest zaś to, że Donizetti wiodącą partię solową powierzył basowi. Jan Martinik okazał się śpiewakiem o ładnej, miękkiej i ciepłej barwie głosu, co dodało tej muzyce szlachetności.

Jeśli zaś ktoś dziwi się, że na chopinowskim festiwalu dominuje śpiew, to należy go wyprowadzić z błędu, bo jednym z pozytywnych zaskoczeń okazała się II Symfonia kolegi Chopina (i jak on, ucznia Józefa Elsnera), Ignacego Feliksa Dobrzyńskiego w świetnej interpretacji Grzegorza Nowaka oraz orkiestry Sinfonia Varsovia. Ale i ten błyskotliwy utwór, w którym klasycznym menuet przechodzi w mazurka, a w finale pojawia się krakowiak, „skażony” jest operowym pięknem...