Reklama

Park Chan-wook o filmie „Bez wyjścia”: rozpacz i zbrodnie bezrobotnego

Park Chan-wook, reżyser filmu „Bez wyjścia”: Przemoc jest od zawsze; w historii świata, w historii człowieka. I nie można udawać, że jej nie ma. Trzeba ją zrozumieć. Także po to, by jej zapobiegać.
Lee Byung-hun w filmie „Bez wyjścia” już w naszych kinach

Lee Byung-hun w filmie „Bez wyjścia” już w naszych kinach

Foto: GUTEK FILM

To prawda, że myślał pan o zrobieniu „Bez wyjścia” od ponad dwudziestu lat?

Tak, odkąd przeczytałem książkę Donalda Westlake’a z 1997 r. Już na początku nowego wieku dowiadywałem się o prawa autorskie do tej powieści. Potem okazało się, że oparty na niej film kręci Costa-Gavras – twórca, którego bardzo cenię. No, rozpacz. Ale gdy obejrzałem jego „Ostre cięcia”, zrozumiałem, że zupełnie inaczej widzimy tę historię. Potem kręciłem kolejne filmy, ale wciąż wracałem do scenariusza „Bez wyjścia”. I oczywiście szukałem funduszy na jego realizację. Pewnie mogłem stanąć na planie wcześniej, ale nie chciałem iść na kompromisy. Wierzyłem, że ten temat się nie zdezaktualizuje. Upewniali mnie o tym producenci, bo nawet jak nie mogli zebrać na jego realizację funduszy, to zawsze – piętnaście, dziesięć, pięć lat temu, zapewniali: „Świetny temat”. Robiłem więc inne filmy, ale wciąż do projektu wracałem.

Reklama
Reklama

 „Bez wyjścia” jest historią człowieka, który po 25 latach w jednym zakładzie stracił pracę – dobre stanowisko i wysoką pensję. Potem przegrywał kolejne konkursy, a gdy nie mógł już utrzymać żony i dzieci na poziomie, do jakiego byli przyzwyczajeni – przybrał inną metodę. Zaczął likwidować konkurentów. Dosłownie. Ale mam wrażenie, że tych piętnaście lat zmieniło pana spojrzenie na tę opowieść?

Tak, przystępując teraz do realizacji „Bez wyjścia”, wiedziałem, że przybył mi jeszcze jeden element tej układanki. Musiałem wprowadzić do filmu sztuczną inteligencję. Bo w tym czasie zdarzyła się rewolucja, która dotknęła wszystkich sfer naszego życia, także komunikacji, szukania pracy, kontaktów na Zoomie. Może więc dobrze się stało, że film powstał dopiero teraz. Dzięki temu nabrał nowych, współczesnych znaczeń.

 AI zdominowała nasze życie, ma też wpływ na sztukę.

To prawda. I w wielu momentach nam pomaga. Dostarcza informacji, młodym artystom pomaga zrealizować marzenia. Dzisiaj nie trzeba mieć gigantycznego budżetu, by zrobić film science fiction, bo jest narzędzie, które pozwala tworzyć odległe światy na własnym komputerze. Ale za tym wszystkim kryje się spłycenie twórczych wizji i mniejsza kreatywność, nie mówiąc już o tragediach wielu ludzi, których praca z biegiem rozwoju AI stanie się po prostu niepotrzebna.

 A jaki osobiście ma pan stosunek do sztucznej inteligencji?

Jestem człowiekiem o tradycyjnych upodobaniach. Tak naprawdę, to do dzisiaj muzyki słucham najchętniej z płyt winylowych. Swoje pomysły zapisuję nie w komputerze, lecz długopisem na kartkach papieru. W kinie też chętnie pracowałbym na taśmie filmowej, jednak w Korei jest to już niemal niemożliwe. Zniknęły nawet firmy, które zajmowały się wywoływaniem taśmy. Natomiast chętnie używam cyfrowych aparatów fotograficznych. Są rzeczywiście znacznie wygodniejsze. No i efekt widać od razu. Ale przecież nie da się ukryć, że jestem przeżytkiem. Dzisiaj w wielu miejscach trudno już dobrze funkcjonować bez techniki na najwyższym poziomie i bez sztucznej inteligencji. 

Reklama
Reklama

Akcję książki Westlake’a przeniósł pan ze Stanów do Korei. Jak bardzo zmieniło to wydźwięk filmu?

Myślę, że ta zmiana dodała filmowi nowych znaczeń. Bohater traci grunt pod nogami nie tylko dlatego, że po latach sumiennej pracy został w jednej chwili zwolniony, zostając bez środków do życia. Koreańskie otoczenie sprawia, że przeżywa dodatkowy, potężny dramat. Załamuje się w nim wiara we własną wartość, cierpi jego poczucie męskości. Do tej pory jako kierownik w wytwórni papieru zapracował na zakup domu, utrzymywał żonę, dzieci i dwa psy na odpowiednio wysokim poziomie. Jako mężczyzna zawsze nosił w sobie taki obowiązek. Tak, wiem, tradycyjnie mają go też Amerykanie czy Europejczycy. Ale w mojej ojczyźnie patriarchat jest szczególnie mocno zakorzeniony w świadomości ludzi. 

Sądząc z filmu, niebagatelną wartość ma też dom.

To prawda. Dla Koreańczyków dom – mieszkanie czy budynek w ogrodzie – jest wielką wartością. Brak domu oznacza niepewność. Bohater „Bez wyjścia” jest gotowy zrobić wszystko, by tego domu dla siebie i swojej rodziny nie stracić.

Bezrobotny nie idzie jednak pracować do supermarketu, tylko coraz bardziej zaciskając pasa i zmniejszając rodzinne wydatki, szuka pracy wysokopłatnej, spełniającej jego ambicje. 

I posuwa się do najdrastyczniejszych środków. Gdyby był sprytniejszy, pewnie załatwiłby tę sprawę inaczej: może oskarżyłby kompanię, może zwróciłby się do związków broniących pracowników w takich sytuacjach. Wystąpiłby przeciwko systemowi. On jednak nie jest dostatecznie w tym względzie wyedukowany. Walczy tak, jak umie. Dopóki nie natknie się na najgorszego wroga, AI, zabija kolejnych, poważnych konkurentów walczących o to samo stanowisko, co on.

Często powtarzamy określenie „bez wyjścia” rozgrzeszając swoje niecne zachowania i czyny. A nie da się usprawiedliwić zbrodni i działań nieetycznych.

Park Chan-wook

 Analizuje pan wpływ długotrwałego bezrobocia na psychikę człowieka. Ale czy pana bohater jest, jak mówi tytuł, w sytuacji „bez wyjścia”? Jaka kultura może usprawiedliwić zabójstwo?

Ja pokazuję, jak zatopiony w koreańskiej cywilizacji Man-su po wyrzuceniu z pracy traci część swojej tożsamości i poczucie własnej wartości. Ale nie! Nie usprawiedliwiam metod jego działania. Odwrotnie. Zwracam uwagę, jak często powtarzamy określenie „bez wyjścia”, rozgrzeszając swoje niecne zachowania i czyny. A nie da się usprawiedliwić zbrodni i działań nieetycznych.

Jednak w Pana filmach jest dużo przemocy.

Przemoc jest od zawsze: w historii świata, w historii człowieka. I nie można udawać, że jej nie ma. Trzeba ją zrozumieć. Także po to, by jej zapobiegać.

Reklama
Reklama

Koreańskie kino przeżywa ostatnio dobry czas. Zmarły pięć lat temu Kim Ki-duk, Hong Sang-soo i Lee Chang-dong to laureaci nagród w Cannes i Wenecji, Bong Joon-ho za społeczną satyrę „Parasite” dostał canneńską Złotą Palmę, Złoty Glob i cztery Oscary, w tym dla najlepszego filmu roku. Czy wielki sukces tego ostatniego filmu otworzył Koreańczykom drogę do pierwszego szeregu dzisiejszych twórców?

Niewątpliwie zwrócił uwagę zachodniej publiczności na nasze kino. Ale też na naszą wyobraźnię i sposób obserwowania świata. Problem w tym, że zmiotła te wszystkie sukcesy pandemia. Kina się zamknęły, produkcja stanęła. Teraz koreański przemysł filmowy podnosi się. Niestety, znacznie wolniej niż w Ameryce czy Europie. Ludzie przyzwyczaili się do streamingu, kina świecą pustkami. Ale walczymy.

Jak wyglądają pana kolejne plany? W 2013 r. zrobił pan w Stanach film „Stoker” z Nicole Kidman i Mią Wasikowską. Myśli pan czasem o powrocie do Hollywood?

Mam gotowy scenariusz science fiction i westernu. Na razie te projekty nie mają jeszcze finansowania, ale skoro w Korei udało nam się domknąć budżet „Bez wyjścia”, to może i one doczekają się lepszych czasów. A na razie pracuję przy serialu. To też znak czasu. 

 

 

Film
Oscary rozdane. Do kogo trafiły najważniejsze statuetki?
Materiał Promocyjny
Jedna rata i większa kontrola nad budżetem domowym?
Materiał Promocyjny
PR&Media Days 2026
Film
Maciek Szczerbowski, emigrant doby stanu wojennego, zdobył Oscara
Film
Dwa Oscary i kontynuacja na Netfliksie. Wielki sukces koreańskiej animacji
Film
„Pan Nikt kontra Putin”: narastająca propaganda reżimu obejmuje nawet dzieci
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama