To miała być najważniejsza płaszczyzna współpracy polskich i niemieckich naukowców. Ale od ośmiu miesięcy trwa pat. Powód? Statut fundacji – co ujawniła „Rz” – jest niekorzystny dla Polski. Pozwala blokować nasze projekty, bo Niemcy mają w każdym organie fundacji liczebną przewagę. I w niektórych wypadkach zagwarantowali sobie prawo weta. Polska takich możliwości nie ma.
Dlatego szef MSZ Radosław Sikorski uzależnił wejście w życie podpisanej w czerwcu 2008 r. umowy o współpracy naukowej od zmian w statucie, które zagwarantują Polsce realny wpływ na działalność fundacji. Zdaniem mec. Stefana Hambury umożliwiłoby nam to tylko prawo weta.
W grudniu Niemcy przedstawili propozycje. – Nie zawierały niezbędnych zapisów gwarantujących nam wpływ na działanie fundacji zgodny z umową – mówi Bartosz Loba, rzecznik resortu nauki.
Statut miał być poprawiony najpóźniej w lutym. MSZ jest zniecierpliwiony. W odpowiedzi na interpelację senator Doroty Arciszewskiej-Mielewczyk (PiS) żądającej usunięcia słowa „polska” z nazwy fundacji, Sikorski odpisał, że nie wyklucza „ewentualnej zmiany statusu fundacji”. Oznacza to, że umowa o współpracy naukowej nie weszłaby w życie, a fundacja straciłaby rację bytu.
– To prawda, że wpłacamy do kasy fundacji dziesięć razy mniej niż strona niemiecka (Polska 5 mln euro, Niemcy – 50 mln – red.) – przyznaje senator PiS. – Ale godząc się na użycie słowa „polska” w jej nazwie, firmujemy projekty, o których decydują Niemcy. Polscy naukowcy mieliby mnóstwo pomysłów, na które można by przeznaczyć nasze 5 mln euro.