Śledczy chcą też stworzyć jego portret psychologiczny.

Dziś wpłynęła ona do Prokuratury Okręgowej w Warszawie, która od października zajmuje się sprawą śmierci chorążego. Potwierdza to nam Dariusz Ślepokura, rzecznik prokuratury. – Wynika z niej, że chorąży nie był pod wpływem środków odurzających, narkotyków, ani leków – mówi prok. Ślepokura.

Chorąży Remigiusz Muś zginał pod koniec października. Jego ciało żona odnalazła w piwnicy domu w Piasecznie, gdzie mieszkało małżeństwo. Mężczyzna wyszedł wtedy z mieszkania o 22. Żonie nie powiedział gdzie idzie. – Ona sama zeszła do piwnicy 1,5 godziny później i zobaczyła wiszącego na linie żeglarskiej męża. W budynku nie było monitoringu. Mimo podjętej akcji ratunkowej mężczyzna zmarł. Chorąży nie zostawił żadnego listu pożegnalnego.

W ostatnich tygodniach przed śmiercią był w złym stanie psychicznym. Nie mógł sobie poradzić, że odstawiono go na boczny tor, że musiał przejść na przedwczesną emeryturę. Wstępne wyniki zwłok wykazały, że zginął przez powieszenie. Na ciele nie znaleziono żadnych śladów wskazujących na udział osób trzecich. Już wcześniej śledczy dostali opinię, z której wynikało, że w momencie śmierci we krwi Remigiusza Musia stwierdzono ok. promila alkoholu.

Stołeczni prokuratorzy cały czas przesłuchują świadków, którzy w ostatnich dniach życia mieli kontakt z chorążym. – Zbieramy też jego dokumentację medyczną – mówi prok. Ślepokura. Dodaje, że po zebraniu dokumentacji i zakończeniu przesłuchań świadków prokuratura chce powołać biegłego z zakresu psychologii, aby stworzył obraz psychologiczny chorążego Musia. – Chcemy się dowiedzieć czy w jego życiu pojawiła się osoba, bądź zdarzeniem, które mogły skłonić go do podjęcia decyzji samobójczej – mówi prok. Ślepokura.

Remigiusz Muś był ważnym świadkiem w śledztwie smoleńskim. Przekonywał bowiem, że kontroler z wieży w Smoleńsku zezwolił załodze prezydenckiego samolotu na zejście do wysokości 50 m - podczas gdy z opublikowanego stenogramu wynika, że kontroler miał zezwolić na zejście do 100 metrów. Chorąży zeznawał też, że załoga Jaka-40 dostała zgodę na zejście do 50 m, tak samo jak załoga rosyjskiego Iła z funkcjonariuszami ochrony, który po nieudanej próbie lądowania odleciał na inne lotnisko. Po rozwiązaniu specpułku Remigiusz Muś przeszedł na emeryturę. Miał 40 lat.