- Zarzuty powstały 10 dni po mojej rozmowie z Tuskiem na temat afery hazardowej, dotyczącej PO i zaplecza Tuska. To był pretekst, by przerwać moją kadencję szefa CBA – powiedział Mariusz Kamiński w TVN24.

- Nie obawiam się wyroku skazującego w sprawie afery gruntowej. Jestem przekonany, że proces zostanie umorzony z powodu braku cech przestępstwa. Nie mam nic do ukrycia. Mój proces powinien być całkowicie jawny. Łączy się to z odtajnieniem wszystkich niejawnych dokumentów. Proces częściowo jawny to fikcja i manipulowanie – dodał.

Oskarżeni to były szef CBA i jego trzej współpracownicy: były wiceszef Biura Maciej Wąsik oraz byli dyrektorzy Grzegorz Postek i Krzysztofa Brendel. Prokuratura twierdzi, że przekroczyli uprawnienia, prowadząc nielegalną operację, w trakcie której podrobiono dokumenty i stosowano podsłuchy z naruszeniem prawa.

Prokuratura zarzuca też Kamińskiemu i jego współpracownikom, że CBA bezprawnie wytworzyło fikcyjne dokumenty. Było ich sporo, z podrobionymi podpisami urzędników i pieczątkami m.in. wójta gminy Mrągowo. Jednak służby, zarówno CBA, jak i np. ABW czy policja, mogą na potrzeby swych operacji takie dokumenty tworzyć. Proces i w tej kwestii może rozwiać wątpliwości – co i kiedy wolno, a co jest zakazane.

Wreszcie sprawa podsłuchów. CBA twierdzi, że były legalne, bo zastosowane za zgodą sądu. Prokuratura twierdzi, że we wnioskach o podsłuchy Biuro miało podać niepełne dane. Dlatego m.in. Lepperowi, Rybie i Andrzejowi K. nadała status pokrzywdzonych, uznając, że podsłuchiwano ich bezprawnie.

Afera wybuchła latem 2007 r. i doprowadziła do dymisji Leppera oraz rozpadu koalicji PiS, LPR i Samoobrony. W ramach operacji kontrolowanego wręczenia łapówki agent CBA podszył się pod biznesmena zainteresowanego ofertą i miał wręczyć Andrzejowi K. i Rybie 2,7 mln zł za doprowadzenie do odrolnienia ziemi na Mazurach. Część łapówki miała ponoć trafić do Leppera.

Akcja się nie udała. Spekulowano, że mężczyzn ktoś o niej ostrzegł, ale śledztwo w tej sprawie niczego nie wyjaśniło.