Pociski spadały w większości regionów kraju, ponownie doprowadzając do wyłączeń prądu.
„Z powodu licznych uszkodzeń sieci energetycznej nasze pociągi mogą mieć do siedmiu godzin opóźnienia” – poinformowała służba prasowa głównego przewoźnika kolejowego Ukrzaliznycy. Dotyczyło to składów jadących z i do najbardziej atakowanych miast: Charkowa, Kijowa, Dnipra czy Zaporoża.
Po nalotach brak prądu, brak wody
Na skutek ataku w środku upalnego lata w wielu regionach kraju (m.in. w Żytomierzu i Łucku) nie było wody. A w obwodach odeskim i rówieńskim nie było prądu. Rosyjskie pociski trafiły też budynki mieszkalne w kilku dużych miastach (w tym w Łucku, Żytomierzu czy Krzywym Rogu). Efekty dwudniowych nalotów odczuł również sąsiedni kraj. Ukraińska energia elektryczna przestała płynąć do Mołdawii, jak zwykle po takich atakach.
– Tak jak większość poprzednich rosyjskich uderzeń, ten też był podły, skierowany na cywilną infrastrukturę krytyczną. (…) Putin się nie zmienia, to chore stworzenia – podsumował ataki prezydent Wołodymyr Zełenski.
Czytaj więcej
Litwa przekazuje Ukrainie krytyczny sprzęt ze swojej elektrociepłowni w Wilnie. Pakiet pomocy obejmuje ponad 300 sztuk urządzeń niezbędnych do odbu...
Wrażliwe części ukraińskiej energetyki
– Na razie po efektach widzimy, że najbardziej wrażliwe są zespoły transformatorowe, podstacje i cała automatyka. Tym razem nie atakowali infrastruktury wytwarzania prądu – opisywał skutki ataku deputowany Ołeksij Kuczerenko z parlamentarnej komisji energetyki.
W poprzednich nalotach Rosjanie zniszczyli lub uszkodzili do 70 proc. ukraińskiego systemu energetycznego, przede wszystkim elektrownie wodne i cieplne (również w zachodniej części kraju). Wiele krajów unijnych udzieliło pomocy Kijowowi, ale obecnie nie wiadomo dokładnie, jak wygląda sytuacja w ukraińskiej energetyce, ile infrastruktury udało się odbudować.
Kreml omija elektrownie atomowe
Rosjanie nie ruszają natomiast w swych atakach pozostałych w Ukrainie (i cały czas działających) elektrowni atomowych. By jakoś zmniejszyć straty spowodowane wcześniejszymi nalotami, Kijów postanowił zwiększyć ich moc, wyraźnie licząc, że w przeciwieństwie do zwykłych nie zostaną zbombardowane.
– Mam niezbyt dobry nastrój, bo rozumiem, że te „braterskie pozdrowienia” (rosyjska propaganda nadal często nazywa Ukraińców i Rosjan „bratnimi narodami” – red.) kolejny raz pokazały, jak wrażliwa jest nasza energetyka. (Rosjanie) pokazali nam, że mogą pozbawić prądu znaczną część terytorium Ukrainy. Dzięki Bogu latem, gdy nie będzie katastrofalnych następstw. Ale wyobraźmy sobie, że taka sytuacja będzie zimą – mówił Kuczerenko.
Przy czym zimą już była, Kreml właśnie wtedy prowadził kampanię przeciw ukraińskim elektrowniom. Jednak uderzenia nie były aż tak masowe i jednocześnie nie atakowano wielu obiektów.
Czytaj więcej
Największa w Europie i trzecia na świecie elektrownia atomowa może już nigdy nie wrócić do pracy. Trzy lata rosyjskiej okupacji i spowodowanie prze...
Rakiety lecą dolinami rzek
– Atakowali masowo, by przewyższyć możliwości kompleksów obrony powietrznej. Każdy z nich może bronić przed ograniczoną liczbą celów naraz. Niektóre stacje radiolokacyjne, szczególnie pracujące w diapazonie wysokich częstotliwości, mogą przyjmować blisko lecącą grupę rakiet jako jeden cel. A one w jakimś rejonie rozlatują się w różne strony pod osłoną różnych przeszkód naturalnych (wzgórz, dolin rzecznych), mamy wiele celów, ale jest za późno na reakcję – mówi ukraiński ekspert Waleryj Romanenko.
Większość rosyjskich pocisków wlatywała właśnie grupami z kierunku południowego, nad dolnym brzegiem Dniepru przekraczając linię frontu. Ukraińscy wojskowi zwracają uwagę, że Rosjanie użyli również strategicznych pocisków manewrujących Ch-101, armia Kremla twierdzi że mają one zasięg ponad 5 tys. kilometrów. Ponieważ w trakcie ich lotu nie wiadomo, na co są skierowane, to potencjalne zagrożenie niosły wszystkim krajom europejskim, głównie jednak sąsiadom Ukrainy.