90 minut wystarczyłoby może do zaprezentowania przez kandydatów choćby zarysu swoich poglądów, gdyby nie to, że każdemu z nich postanowiono zadać aż sześć pytań, przez co odpowiedź na każde z nich była wyścigiem z czasem. Wyścigiem, który – dodajmy – wielu kandydatów przegrywało, a organizatorzy debaty mieli pełne ręce roboty wyłączając mikrofon to jednemu, to drugiemu kandydatowi, którego myśl urywała się w efekcie w pół zdania.

Nie zabrakło akcentów humorystycznych. Krystyna Krzekotowska, kandydatka Światowego Kongresu Polaków, która – jak można już przeczytać w internecie – „skradła show” pozostałym uczestnikom dyskusji, zademonstrowała m.in. (dosłownie!) wstawanie z kolan warszawiaków pod jej rządami i apelowała o to, aby w Warszawie było więcej miłości do bliźniego. Janusz Korwin-Mikke oświadczył, że w Warszawie nie ma smogu, a cały problem wymyślili ci, którzy chcą, aby biedni ludzie musieli płacić za ogrzewanie mieszkań gazem. A Jan Potocki przekonywał, iż Warszawa ma dużo pieniędzy – tylko trzeba je zabrać Niemcom w ramach reparacji. Momentami było jak na Kabaretowej Nocy Przebojów.

Obaj główni pretendenci do fotela prezydenta stolicy zawiedli. Patryk Jaki zaskoczył wprawdzie rezygnacją z członkostwa w Solidarnej Polsce, co niewątpliwie przyciągnęło uwagę obserwatorów. Ale potem kilka razy podkreślał, że zrealizuje obietnice wyborcze dzięki gwarantowanym przez rząd środkom, co stało w sprzeczności z przedstawioną przez niego wizją bezpartyjnej prezydentury (a po debacie wsiadł do autobusu z logiem PiS). Z kolei Rafał Trzaskowski zbyt często skupiał się na Jakim i PiS-ie, przez co umacniał wrażenie, że rdzeniem programu Platformy Obywatelskiej jest zatrzymanie partii Jarosława Kaczyńskiego, a wybory w Warszawie mają być de facto plebiscytem za, albo przeciw PiS-owi. W Warszawie ten pomysł może się sprawdzić, ale to z pewnością za mało, by wygrać wybory w całej Polsce. Poza tym Trzaskowski, poza różnymi ładnie brzmiącymi formułkami, nie miał żadnego asa w rękawie na wzór owej deklaracji o wystąpieniu z partii Jakiego. Trudno nie odnieść wrażenia, że do debaty przystąpił z marszu.

Smutne jest to, że ci kandydaci, którzy skupiali się na lokalnych problemach – czyli tym, co powinno być istotą wyborów samorządowych - będą zapewne stanowić w Warszawie tylko tło dla ogólnopolskiej wojny PO z PiS-em. Jan Śpiewak, Justyna Glusman czy nawet Piotr Ikonowicz, gdy przychodziło ich 45 sekund, rzeczywiście mówili o sprawach miasta. Ale przecież wszyscy i tak czekali tylko na to, co powie Jaki i Trzaskowski. Karty w tych wyborach wydają się już rozdane.

W pewnym momencie Śpiewak zauważył, że jest bodaj jedynym radnym wśród kandydatów i to jest dobre podsumowanie tego, jak wyglądają wybory prezydenckie w stolicy. Teoretycznie to wybory samorządowe, w rzeczywistości – w przypadku Warszawy - to preludium wyborów parlamentarnych. Zamiast o losy stolicy gra toczy się więc o strategiczny przyczółek w walce o dominację na Wiejskiej przez kolejne cztery lata.

- W Warszawie brakuje gospodarza – mówił w czasie debaty jeden z kandydatów. I pewnie będzie go brakować dalej, bo stolica znów zamiast gospodarza dostanie polityka.