Nie ma szans na wprowadzenie prostego mechanizmu pozwalającego odbierać państwom członkowskim środki unijne w sytuacji podejrzeń naruszenia praworządności – wynika z informacji „Rzeczpospolitej”. W czwartek w Brukseli rozpoczyna się szczyt, na którym unijni przywódcy będą rozmawiać o kolejnym wieloletnim planie finansowym, zwanym potocznie unijnym budżetem.

Dla polskiego rządu to dobra wiadomość, szczególnie w czasie trwającej w kraju kampanii wyborczej. Dla PiS sporym kłopotem byłoby wprowadzenie mechanizmu praworządnościowego w chwili, gdy rząd znajduje się pod ostrym ostrzałem Brukseli – Komisja Europejska właśnie analizuje tzw. ustawę kagańcową pod kątem naruszeń unijnego prawa i rozważa jej zaskarżenie do TSUE. Mogłoby też dać argument opozycji, która od dawna ostrzega, że konsekwencją konfrontacyjnej polityki PiS może być polexit.

Dowiedz się więcej: Szczyt UE w sprawie budżetu: Bruksela odpuszcza

Ale unijni negocjatorzy, którzy szykują korzystniejsze dla obecnego rządu rozwiązania, wcale nie myślą o Polsce. Oni myślą o Unii jako całości i panującym w niej porządku prawnym. A tu pojawiają się dwa poważne kłopoty. Procedura naruszenia praworządności opisana jest w art. 7 traktatu – i postępowanie z tego artykułu toczy się przeciwko Polsce już kilka lat, choć jak na razie nie przyniosło żadnego efektu. Wprowadzanie rozwiązań karnych przy okazji tworzenia unijnego budżetu to wprowadzenie nowych sankcji niejako tylnymi drzwiami. Rezygnacja z twardego mechanizmu uzależniania wypłaty unijnych środków od praworządności nie wynika więc z sympatii do PiS (ani do Viktora Orbána, który byłby drugim potencjalnym celem tych regulacji), lecz z szacunku wobec prawa.

Sprawa ma jednak też aspekt polityczny. Przyjmowanie budżetu to skomplikowana operacja, w którą zaangażowana jest Komisja Europejska, Rada Europejska i europarlament. Tymczasem wprowadzenie mechanizmu karnego oznaczałoby przyznanie ogromnej władzy – dotyczącej przyznawania unijnych środków – urzędnikom Komisji, którzy mieliby arbitralnie uznawać, czy jakiś kraj naruszył zasady praworządności. I znów nie chodzi tu wcale o sympatię wobec rządów PiS czy Fideszu, lecz o równowagę władz w Unii Europejskiej i ich demokratyczną legitymizację.

PiS ma więc sporo szczęścia, że unijni urzędnicy, którzy przygotowują propozycje do trudnych negocjacji budżetowych, podchodzą do prawa i unijnych zasad serio, nie chcą wprowadzać mechanizmów ad hoc, które miałyby karać krnąbrne państwa członkowskie, naruszając reguły, lecz myślą w kategoriach budowania pewnego systemu, ogólnych zasad, które przede wszystkim muszą być zgodne z procedurami. Szczęściem dla PiS jest więc to, że unijni dyplomaci traktują praworządność znacznie bardziej serio niż władze w Polsce.