Niebieski, biały, czerwony i znowu niebieski: w kolejnych dniach spotkania w Brukseli kanclerz nosiła żakiety w kolorach Francji. Sygnał, z kim gra dziś Berlin. Dotąd tak nie było. W czasie kryzysu finansowego sprzed dziesięciu lat, wbrew Paryżowi, Merkel stała się dla Greków, Portugalczyków czy Hiszpanów ucieleśnieniem brutalnej polityki oszczędności, która pozbawiła pracy miliony. Jednak kilka miesięcy temu zmieniła kurs. Razem z Emmanuelem Macronem zaproponowała uruchomienie 500 mld euro darowizn w ramach nowego funduszu odbudowy, z czego jedną piątą sfinansują Niemcy.

Co się zmieniło? Merkel zrozumiała, że pandemia w połączeniu z przewlekłymi problemami strukturalnymi rzuciła Europę Południową na kolana i jeśli tym razem nie otrzyma ona pomocnej dłoni, pod znakiem zapytania stanie nie tylko dalsze trwanie jednolitego rynku, ale i samej Unii.

Do podcięcia europejskiej konstrukcji przyczyniły się zresztą same Niemcy. Aby ratować własne przedsiębiorstwa, kanclerz przeznaczyła bezprecedensowe wsparcie warte bilion euro. Ponieważ innych na to nie stać, utrącono zasadę równej konkurencji we Wspólnocie. W maju Trybunał Konstytucyjny w Karlsruhe podważył z kolei nadrzędność prawa europejskiego nad krajowym, fundament integracji. Zaś Bundesbank ostrzegł, że nie zgodzi się na finansowanie bez końca przez Europejski Bank Centralny (EBC) włoskiego długu. Chwiejącą się z tych wszystkich powodów europejską konstrukcję Merkel postanowiła ratować. I otworzyła niemiecki portfel.

Po szczycie biją po oczach tytuły w mediach o miliardach unijnej pomocy. Ale koszt dla Niemiec nie jest aż tak wielki. Za sprawą Holandii wielkość darowizn z funduszu odbudowy ograniczono do 390 mld euro, z czego ok. 78 mld euro pokryje niemiecki podatnik, ale będzie to rozłożone do roku 2058. Tymczasem roczny zysk dla Niemiec z jednolitego rynku przekracza 200 mld euro. Poświęcenie Niemiec jest tym bardziej ograniczone, że normalny budżet Unii na lata 2021–2027 sprowadzono do nieco ponad 1 proc. PKB Wspólnoty. Składka netto Berlina, jakieś 15 mld euro rocznie, jest niezauważalna dla kraju z gospodarką wartą 4 bln euro. Tym bardziej że poza zyskami z eksportu Niemcy mają też wpływy polityczne w Europie, jakie rzadko dawała im historia.

Jak Polska wpisuje się w tę niemiecką grę? Nasza gospodarka jest już tak zintegrowana z zachodnim sąsiadem, że mamy z nim wiele zbieżnych interesów.

Polski zysk z jednolitego rynku to blisko 50 mld euro rocznie. Dalsze istnienie Unii jest więc także w żywotnym interesie naszego kraju. Jednocześnie jakby rykoszetem skorzystaliśmy z niedoli Południa i choć jesteśmy już znacznie bogatszym krajem, otrzymamy z Brukseli nieco większe subwencje netto niż do tej pory.

Na ołtarzu ratowania jednolitego rynku została jednak zasadniczo złożona walka o praworządność. Czas pokaże, czy z perspektywy Polski osiągnięcie takiego celu było tego warte.