Jednak zanim ukaże światu nowe oblicze, jeszcze trochę czasu upłynie. Właśnie przechodzi kolejny wielki wstrząs, przeżywa kolejne rewolucyjne uniesienie, któremu, niestety, już towarzyszy upływ krwi.

Wstrząsu raczej nie przetrzyma prezydent islamista Mohamed Mursi, który ledwie rok temu poznał smak wyborczego zwycięstwa, właściwie namaszczenia przez ożywiony naród. Miliony ludzi na ulicach, próba odsunięcia od władzy nowego prezydenta, powrót armii na główną scenę polityczną, zjednoczenie różnorodnej opozycji wobec Bractwa Muzułmańskiego – widać, że zwijanie kolejnych warstw bandaży w przyśpieszonym tempie.

Proces ten obserwują w napięciu nie tylko Egipcjanie. Egipt jest bowiem trendsetterem świata arabskiego i prawie całego świata muzułmańskiego. Twórcą islamskich mód – od seriali telewizyjnych po politykę i religię.

To tu eksperymentowano z arabskim socjalizmem i nacjonalizmem, tu rozgrywały się rewolucje podchwytywane przez innych muzułmanów. Tutaj powstało Bractwo Muzułmańskie, najważniejsza islamistyczna organizacja, której córki i synowie rozeszli się potem po Bliskim Wschodzie i Afryce Północnej.

I to Bractwo Muzułmańskie z Mursim jako prezydentem przejęło władzę nad Egipcjanami. Nie trwało to długo, naród egipski ledwie kilkanaście miesięcy wytrzymał z obliczem jednoznacznie islamistycznym.

Wiemy, że islamizm to nie był ostatni zwój bandaża. Nie była nim też prozachodnia dyktatura strasząca islamistami. Mimo objawionej teraz po raz kolejny siły armii nowy Egipt nie ma też rysów państwa wojskowego.

Być może jesteśmy skazani na niepewność, być może bandaż się nigdy nie skończy. Ale jedno wydaje się pewne – nie ma już mumii zimnej i twardej. Jest naród świadomy swoich możliwości i praw. Naród, który nie zlęknie się żadnej władzy.