Byłem dziś na spacerze po mojej rodzinnej miejscowości. Odwiedziłem lokalną księgarnię, a po zwiedzeniu wystawy w ratuszu zdecydowałem się na zakup pocztówki. Na odwrocie kartki, z którą powędrowałem na pocztę, widnieje archiwalne zdjęcie ratusza w Głubczycach — wtedy jednak, za czasów pruskiego panowania, miasto nazywało się Leobschütz. Według niektórych jednak nosi ono taką nazwę nadal. Do tych osób zalicza się pani Alice Weidel — szefowa nacjonalistycznej partii Alternatywa dla Niemiec (AfD) — której ojciec tak jak ja pochodzi z miasteczka na pograniczu Górnego Śląska i Moraw.
Czytaj więcej
Alice Weidel, liderka Alternatywy dla Niemiec (AfD), skrytykowała decyzję rządu Niemiec o wstrzym...
Alice Weidel. Rewizjonizm czy sentyment szefowej AfD?
Gdy wraz z końcem wojennej zawieruchy do miasta zawitali członkowie mojej rodziny, miejsca im ustąpić musieli Niemcy, wśród których znajdowała się także rodzina dzisiejszej szefowej niemieckich nacjonalistów. Przesiedlenia, nazywane kłamliwie „repatriacjami”, które dotknęły też moich uciekających spod Lwowa przodków, były jednym z okrutnych następstw drugiej wojny światowej. Innym jej następstwem było przemianowanie miasta Leobschütz — najpierw na Głąbczyce, a ostatecznie na Głubczyce.
Słowa te piszę na poniemieckim biurku, stojącym w domu, który prawie dwa wieki temu postawiono dla rodziny niemieckich robotników. Rozumiem sentyment pani Weidel, ale nie zgadzam się na stojący za jej słowami sens
Moje zdziwienie wzbudził wywiad, którego szefowa niemieckich nacjonalistów udzieliła austriackiemu magazynowi „Der Eckart”, przytaczany przez niemieckiego „Die Welt”. Stwierdza w nim, że zawsze wzbraniała i wzbrania się nie tylko przed określaniem miasta, z którego pochodzi jej ojciec, inaczej niż jego niemiecką nazwą, ale też przed samym sprawdzeniem, jak brzmi współczesna polska nazwa.