Bogusław Chrabota: 4 czerwca, symbol zmiany

Jeszcze niedawno można było założyć, że demonstracja planowana przez Donalda Tuska w Warszawie nie wzbudzi wielkiego echa. Dziś jest już inaczej. Kreatywna współpraca sejmowej większości i prezydenta Dudy kompletnie odwróciła perspektywę.

Publikacja: 02.06.2023 03:00

Donald Tusk w Sejmie w dniu głosowania nad "lex Tusk"

Donald Tusk w Sejmie w dniu głosowania nad "lex Tusk"

Foto: PAP, Leszek Szymański

Paradoksalnie 4 czerwca 1989 roku wyszliśmy z domu nie po to, by protestować. Tego dnia masowe protesty, w jakich uczestniczyliśmy w stanie wojennym, zostały zastąpione pierwszym od dawna świadomym aktem powinności obywatelskiej. Na przestrzeni lat można narzekać, jak dziś Lech Wałęsa, że tamte wybory były karykaturą demokracji. Trudno z dzisiejszej perspektywy się z tym nie zgodzić. Pewnie tak, ale były zarazem drzwiami do wolności. Naród po raz pierwszy od dekad uwierzył, że wybory mogą odmienić polską politykę, wyprowadzić kraj na nowe tory. Cóż, czasem tak jest, że wchodząc na salony, trzeba się przepychać przez drzwi boczne i koślawe.

Czy w tym roku, 4 czerwca, da się wyzwolić podobną emocję? Lider opozycji Donald Tusk na to liczy. W jakimś sensie nawet to zaprogramował, często odwołując się do swoistej symetrii pomiędzy schyłkiem Polski Jaruzelskiego i czasami Kaczyńskiego. Podobnie jak wtedy, tak i dziś demokratycznej opozycji (swoją drogą tak określaliśmy opozycję czasów PRL) chodzi o te same wartości: wolność, demokrację, rzetelne wybory, równe prawa. Opozycja od lat konsekwentnie wskazuje, że są zagrożone, całkiem jak w niechlubnych czasach komunizmu.

Czytaj więcej

4 czerwca - wielki marsz i święto wolności

Przeciwnicy po stronie Zjednoczonej Prawicy zbijają tę argumentację, proponując swój katalog wartości: suwerenność, patriotyzm, solidaryzm. Pomijając fakt, że obie strony definiują każde z tych pojęć inaczej, do niedawna trudno było im konsekwentnie wyciągać ludzi na ulice. To prawda, czasem do tego dochodziło, i to w skali kompletnie nieoczekiwanej, jak choćby Czarny Protest, ale nawet tak wielkoskalowym manifestacjom towarzyszył zwykle słomiany zapał.

Czy tym razem będzie podobnie? Po pierwsze, idea marszu zjednoczyła opozycję. Po drugie, zmobilizowała jej elektorat. Po trzecie, w sposób kompletnie nieprzewidziany przez prawicę dostarczyła nowej emocji i podbiła stawkę marszu – nie będzie to protest w sprawie drożyzny, ale realnie zagrożonej wolności.

Nie mam wątpliwości, że w Warszawie demokrację świętować będą setki tysięcy uczestników. Nie zagłuszy ich ani złorzeczenie liderów prawicy, ani najobrzydliwszy nawet hejt reżimowej TVP. Co więcej, rządzący muszą z tym uważać, bo przy gaszeniu ogniska łatwo pomylić wodę z benzyną. I jeszcze jedno: by odnieść sukces, organizatorzy muszą zrozumieć, że w jedności siła. Do tego potrzebna jest konsekwencja, o którą zawsze jest najtrudniej. A do wyborów jeszcze prawie pół roku.

Paradoksalnie 4 czerwca 1989 roku wyszliśmy z domu nie po to, by protestować. Tego dnia masowe protesty, w jakich uczestniczyliśmy w stanie wojennym, zostały zastąpione pierwszym od dawna świadomym aktem powinności obywatelskiej. Na przestrzeni lat można narzekać, jak dziś Lech Wałęsa, że tamte wybory były karykaturą demokracji. Trudno z dzisiejszej perspektywy się z tym nie zgodzić. Pewnie tak, ale były zarazem drzwiami do wolności. Naród po raz pierwszy od dekad uwierzył, że wybory mogą odmienić polską politykę, wyprowadzić kraj na nowe tory. Cóż, czasem tak jest, że wchodząc na salony, trzeba się przepychać przez drzwi boczne i koślawe.

Komentarze
Jędrzej Bielecki: Po exposé Radosława Sikorskiego. Polska ma wreszcie pomysł na UE
Komentarze
Jerzy Haszczyński: Zdeterminowani obrońcy Ukrainy
Komentarze
Bogusław Chrabota: Budownictwo socjalne to błędna ścieżka
Komentarze
Michał Płociński: Polska w Unii – koniec epoki młodzieńczej. Historyczna zmiana warty
Komentarze
Izabela Kacprzak: Ministrowie i nowi posłowie na listach do europarlamentu to polityczny cynizm Donalda Tuska