Na pozór hasła narodowców nieco się mijają z przesłaniem rocznicy wybuchu powstania. Szli oni przez stolicę, skandując: „Precz z Unią Europejską”, a na czele marszu nieśli sztandar z przekreślonymi sierpem i młotem, swastyką, tęczową flagą oraz twarzą prezydenta Warszawy. I jeszcze podpis: „Stop totalitaryzmom”. Na koniec organizator marszu narodowców Robert Bąkiewicz wyszedł i stwierdził: „Niech nikt nam nie wmawia, że jako Polacy walczyliśmy z nazistami. Niech nikt nam nie wmawia, że walczyliśmy o tę równość rewolucyjną”.

Brzmi absurdalnie, ale paradoksalnie to wszystko jest bardzo spójne. Bąkiewicz nie chce, by używano określenia „naziści”, lecz „Niemcy”, by podkreślić, że problemem nie była totalitarna ideologia, która doprowadziła do niewyobrażalnej tragedii XX wieku, ale fakt, że dokonali jej Niemcy. Ważna jest tu identyfikacja narodowa, bo nazizmu już nie ma, ale Niemcy dalej są. A w imaginarium Bąkiewicza to wciąż największy wróg – poświęca mu w swych wystąpieniach znacznie więcej miejsca niż Putinowi (podobnie zresztą jak prezes PiS). Niemcy bez nazizmu są w tej narracji tak samo groźni jak Niemcy z nazizmem. A może nawet gorsi, bo dziś przecież przebierają się w szaty „Europejczyków”.

Czytaj więcej

Bogusław Chrabota: Ziobro na kolanach. Ogrywany przez Kaczyńskiego i Bąkiewicza

Czy nie jest to bardzo podobna wizja świata do tej, jaką prezentuje podczas swoich wystąpień Jarosław Kaczyński? Bąkiewicz nie stawia tylko kropki nad i, przedstawiając Polskę jako kraj atakowany przez ideologię LGBT, z powodu której obywatele będą sobie dwa razy dziennie zmieniali płeć; Polskę, której suwerenność jest szarpana przez Unię Europejską działającą na zlecenie Niemiec odbudowujących Czwartą Rzeszę – obrazu odmalowywanego na spotkaniach prezesa z aktywem partii. Przecież – zgodnie ze słowami Jarosława Kaczyńskiego – Platforma Obywatelska realizuje interesy Berlina, więc twarz wiceszefa PO Rafała Trzaskowskiego obok swastyki jest w tej narracji czymś zupełnie naturalnym.

Taka wizja przebija z wystąpień Kaczyńskiego, a także prezesa Narodowego Banku Polskiego oraz wielu prawicowych publicystów, którzy w antyniemieckości i antyunijności szukają nowego, silniejszego spoiwa ideologiczno-politycznego. Bo przecież nadchodzi kryzys, gospodarka zwalnia, ceny rosną, a sytuacja na Wschodzie jest nieciekawa. Nie myślcie jednak, wyborcy, by nie głosować na rządzącą prawicę, bo za opozycją czai się Unia, a tak naprawdę Niemcy, którzy chcą nas upokorzyć, zmienić w jeden z landów nowej Rzeszy, narzucić tęczową ideologię pod sztandarem flagi unijnej, błękitnej z niebieskimi gwiazdkami. Taki podział jest dla PiS wygodnym sposobem na odwrócenie społecznych emocji od realnych problemów dnia codziennego. Ale to metoda fatalna dla Polski, bo sprowadza spór polityczny do absolutnych skrajności. Polacy tymczasem zasłużyli na coś więcej niż wybór między Polską tęczową a Polską coraz bardziej brunatną.

Szkoda, że taką alternatywę usiłuje się zbudować na pamięci powstania warszawskiego. Szczególnie że w poniedziałek na ulicach stolicy widziałem tysiące ludzi, którzy chcieli zamanifestować szacunek do odwagi powstańców, chcieli zadumać się nad ich ofiarą, wspólnie dać wyraz swemu patriotyzmowi. A nie wyklinać opozycję, demonstrować nienawiść do Niemiec czy „ideologii LGBT”. Wśród ludzi śpiewających powstańcze pieśni na placu Piłsudskiego spotkałem znajomych, którzy chwalą rządzących, jak i tych, którzy krytykują PiS. Wierzących w Boga i niewierzących. Wielu z tych, którzy przyszli wspomnieć rocznicę powstania, nie chce dać się wciągać w tę szatańską alternatywę, w podział na tęczowych i brunatnych.