Strategia Zbigniewa Ziobry jest obliczona na kilka następnych lat, a nie na bieżące negocjacje list wyborczych. Marzy mu się nie sukces Solidarnej Polski, na który szanse są umiarkowane, tylko przewodzenie wielkiemu obozowi antyeuropejskiej prawicy, podobnemu do Frontu Narodowego Marine Le Pen. I ma tylko dwa problemy: musi taką formację zbudować mentalnie, a potem zostać jej szefem.

Nie musi budować od zera. Wśród polityków, działaczy i wyborców PiS jest sporo chętnych do podążania drogą europejskich nacjonalistów. A jeśli do tego dodać elektorat Konfederacji rozczarowany jej karykaturalnymi postaciami, rysuje się całkiem solidna perspektywa. Jeszcze nie na jutro, ale na pojutrze – kto wie?

Ten plan zakłada oczywiście odejście z polityki Jarosława Kaczyńskiego. Wiadomo, że w polityce wygrywa ten, który bardzo chce i jest głodny władzy, a minister sprawiedliwości spełnia oba te warunki. Kto będzie w stanie stanąć z nim w szranki, kiedy zabraknie prezesa? Premier Mateusz Morawiecki umęczony sporem z Unią, strajkami, inflacją i utrzymywaniem większości w Sejmie? Andrzej Duda po zakończeniu prezydenckiej kadencji? Michał Dworczyk ze skrzynką pełną kompromitujących mejli?

Czytaj więcej

PiS wciąż w klinczu z Ziobrą. Wspólna lista na wybory pod coraz większym znakiem zapytania

Nie jest przypadkiem, że ani po wyborach parlamentarnych, ani po opuszczeniu fotela wicepremiera przez Jarosława Gowina Ziobro nie walczył o to stanowisko. Chciał mieć wolne ręce, by uderzyć, kiedy przyjdzie na to czas. Z pozycji zastępcy premiera atak byłby trudniejszy, za dużą odpowiedzialność ponosiłby za politykę rządu. Ale jako „jedyny sprawiedliwy” pracowicie gromadzi polityczny kapitał i zwiększa popularność wśród wyborców prawicy. Może go jeszcze nie lubią, ale już wiedzą, że ma siłę, by stawiać się prezesowi, przywoływać do porządku szefa klubu PiS Ryszarda Terleckiego, a premiera punktować jak uczniaka za „uleganie Unii” i wysokie ceny energii.

Ziobro gra va banque i chce zwiększać swój polityczny pęd do momentu największej próby, jakim będą wybory. Liczy, że PiS przerażone perspektywą utraty władzy jednak powściągnie zniecierpliwienie. A do tego czasu będzie wykorzystywać każdą okazję, by przemawiać do „pisowskiego ludu”. Ma jeszcze sporo czasu, by zaczęli go słuchać.