W piątek w zeszłym tygodniu zaszczepiłem się po raz trzeci. Cała operacja trwała jakieś pięć minut. Miła pani w recepcji, oświadczenie o stanie zdrowia i zastrzyk, którego nie poczułem. Nie pogorszył mi się humor, na piersiach nie pojawiło mi się zielone futro; czuję, widzę i słyszę też jak dawniej, bez nadzwyczajnych efektów. Boli trochę bark, ale za kilka dni przejdzie.

Nie chorowałem na Covid-19, przynajmniej świadomie, ale szczepię się, bo uważam, że prócz oczywistej profilaktyki jest to gest świadomości obywatelskiej. Z tych samych zresztą powodów noszę maskę. Nie chcę przenosić wirusa na tych, których ta choroba może zabić.

Jednocześnie codziennie znajduję w swojej skrzynce mailowej odezwy różnych antyszczepionkowców z tytułami profesorskimi, którzy apelują o rezygnację z prowadzących rzekomo do totalitaryzmu obostrzeń i walczą z perspektywą przymusu szczepionkowego. Ich apele to najczęściej czczy bełkot, przywoływanie jakichś nieokreślonych z nazwiska autorytetów, wymądrzanie się o wolności i powoływanie się na swoje domniemane zasługi intelektualne.

Czytaj więcej

Sondaż: Większość Polaków popiera obostrzenia, w tym lokalne lockdowny

Co charakterystyczne, łączy ich to, że w większości nie są lekarzami i nie mają pojęcia o zakaźnictwie. Filozofowie, historycy, psychologowie. Nie bywają w szpitalach, nie mają do czynienia z chorymi, a wirusa mają za stracha na wróble. Prezentują się zwykle jako uczuleni na wolność konserwatyści, a owe 80 tysięcy czy więcej ofiar uznają za uszczerbek demograficzny konieczny w procesie nabywania przez społeczeństwo odporności zbiorowej.

Taka ot sobie moralna dezynwoltura; 80 czy 160 tysięcy trupów nie ma znaczenia, bo ważniejsze jest coś, o czym nie mają pojęcia, bo nikt nie zdefiniował ostatecznie kryteriów i mechanizmów rządzących zbiorową odpornością. Są – jak ja – w tej sprawie ignorantami. Różni nas tylko postawa obywatelska.

Ale ignoranci z tytułami naukowymi nie są najgorsi. Jeszcze gorszą robotę wykonują lekarze antyszczepionkowcy. Znana warszawska pani ginekolog straszy pacjentki, że po szczepionce nie zajdą w ciążę, więc się nie szczepią. Lekarz od protez tłumaczy, że wyszczepiać trzeba – jako realnie zagrożonych – tylko emerytów. Z daleka czuć wyjątkową kompetencję, to właśnie z nimi pracuje na co dzień. A setki młodych ludzi na oddziałach intensywnej terapii to oczywiście zmyła.

Czytaj więcej

Sondaż: Polacy oczekują na zdecydowaną walkę z czwartą falą pandemii Covid-19

Takich i innych idiotyzmów w realu i w sieci znaleźć można tysiące. Wszystkie razem orkiestrują w głośną falę sprzeciwu wobec obostrzeń, dyscypliny społecznej i akcji na rzecz szczepień. Zwykły strach miesza się tu z ignorancją, zła wola z przesądami, teorie spiskowe z obskurantyzmem. Wychodzi ciężkostrawna pulpa, która większość z nas oczywiście brzydzi.

Ale są tacy, co się nią przejmują. To rząd. Słucha tych bzdur w epatujących ciemnotą radiostacjach i liczy nerwowo swój elektorat. A co, jak słupki drgną? A może ojciec dyrektor paluszkiem pogrozi? I wtedy się posypią. Lud się obrazi na działania władzy i zagłosuje przeciw.

Strach paraliżuje. Ale to tylko strach. Liczy się jeszcze los, a ten bywa przewrotny. Za chwilę ofiar może być dużo, dużo więcej i wtedy nawet modlitwy usłużnych hierarchów nic nie poradzą. Krewni ofiar upomną się o swoje i rozliczą trzęsącą portkami władzę. Tyle że to już nie będzie władza, jeno trzęsące się portki.