Zwolennicy łagodzenia prawa antynarkotykowego utrzymują, że więzienia są pełne uzależnionych, którzy zamiast podlegać leczeniu, demoralizują się w otoczeniu przestępców.

Tyle że to nie fakty, ale ideologia. Rzeczywistość wygląda jednak trochę inaczej. Prokuratury od trzech miesięcy mają prawo umarzać sprawy, w których przyłapano osoby posiadające bardzo małą ilość narkotyku. Z ankiety przeprowadzonej przez „Rzeczpospolitą" wynika, że śledczy z tych uprawnień korzystają bardzo rzadko. I nie wynika to z ich konserwatywnego podejścia, czy tym bardziej z nieznajomości prawa. Przyczyna tkwi zupełnie gdzie indziej – po prostu większość z zatrzymanych to nie ludzie, których złapano z jednym skrętem, ale narkotykowi dilerzy.

To mocny dowód, że możliwość karania za posiadanie narkotyków nie jest formą represji wobec osób uzależnionych, ale narzędziem w walce z przestępczością. I to narzędziem, jak się okazuje, bardzo skutecznym.

A warto pamiętać, że są dziś w Polsce partie polityczne, które z legalizacji narkotyków uczyniły jeden z głównych swych postulatów.

Co więcej, znajdują one wsparcie licznych celebrytów. Tak jak w przypadku wielu innych rewolucji, ta zaczęła się od walki o język.

Na przykład przeciwników legalizacji nazywa się narkofobami. To sprytny wybieg, bo sugeruje, że przekonanie o szkodliwości stosowania narkotyków czy też o konieczności ścigania narkotykowych gangów to fobia, czyli nieuzasadniony lęk, podobny do ksenofobii, lęku przed obcymi.

Zdecydowana walka z narkomanią ma być zaś efektem zwykłych uprzedzeń, a może nawet niechęci do swobód obywatelskich. W ten sposób zwolennicy legalizacji narkotyków z przeciwników narkomanii robią agresorów.

Liczby i fakty, które wymieniamy dziś w „Rzeczpospolitej", wytrącają zwolennikom szerokiego dostępu do środków odurzających jeden z ważnych argumentów.

Kłopot w tym, że lobby narkotykowe fakty traktuje dość swobodnie – jeśli nie pasują one do tezy, to tym gorzej dla faktów.