Ona po prostu lubi Rosję i Rosjan, od dawna wysyła sygnały, że dobrze się w tym kraju czuje.
Można powiedzieć, że w objęcia rosyjskiego niedźwiedzia rzuciła panią Justynę polsko-norweska wojna, ale byłoby to chyba uproszczenie. To zapewne nie jest tylko przyjaźń z rozsądku ani braterstwo broni przeciwko wspólnemu wrogowi, bo Rosjanki ostatnio biegają słabo (czy tak samo będzie w Soczi, oto jest pytanie, które warto zadać, gdy wszyscy mówią o norweskim kosmicznym autobusie i polskich piszczelach).
Oczywiście pani Justyna ma jeszcze jeden powód, by z sympatią spoglądać na wschód i nie śpiewać w antyrosyjskim chórze. To jej wychowany w Związku Radzieckim trener Aleksander Wierietielny, który podobno najbardziej nienawidzi pytania, czy jest Polakiem. Młodym ludziom zdziwionym jego akcentem można powiedzieć tylko jedno: przez wieki tak mówiła połowa narodu, marszałek Józef Piłsudski, gdy się słucha jego przemówień w archiwach Polskiego Radia, to kresowa mowa w postaci czystej. Po wojnie taką polszczyznę słychać było przede wszystkim we Wrocławiu.
To Marszałek powiedział, że Polska jest jak obwarzanek, wszystko, co najlepsze, na obrzeżach, a w środku pustka. Kiedy pytamy Wierietielnego, czy jest Polakiem, dajemy dowód, że miał rację i ta pustka to my.
Ale sympatia dla igrzysk w Soczi nie jest dziś sprawą osobistą, nawet dla sportowca, bo organizuje je Rosja Władimira Putina i w mediach całego świata padają pytania, czy wypada wspierać despotę, któremu MKOl dał do ręki propagandowy oręż. Tak samo było przed igrzyskami w Pekinie, ale skończyło się na gadaniu, żadnego bojkotu ani nawet politycznej demonstracji nikt z możnych wolnego świata nie zorganizował i Putin też może spać spokojnie.
Justyna Kowalczyk napisała w blogu po powrocie do Polski z jednego z wyjazdów: „Wczoraj włączyłam sportowe wiadomości. I myślałam, że padnę. Albo że mam omamy. Wstyd mi było po prostu i tyle. Rzecz była o Rosji, a jakże. Igrzyska się zbliżają, więc kto żyw ekspertem się staje. Od praw człowieka, ekologii, sportu, finansów, infrastruktury. Wizę można łatwo zrobić. Można w miarę tanio polecieć. Można również – bez problemu, jak w każdym miejscu na ziemi – znaleźć biednych, sfrustrowanych ludzi, którzy z chęcią opowiedzą, jak to im w życiu źle. Sensacyjny materiał gotowy. O to przecież chodzi. (...) Jeśli Rosjanie stają na głowie, by zrobić ultraszybką kolejkę z Soczi do Krasnej Polany, to znaczy, że dewastują środowisko".
To brzmi znajomo, jak głosy „pożytecznych idiotów", którym w stalinowskim ZSRR pokazywano kwitnące kołchozy, a oni wracali do domu i pisali o ojczyźnie ludzi pracy budującej proletariackie szczęście. Także Avery Brundage, szef MKOl i niestrudzony strażnik amatorstwa w wydaniu coubertinowskim, po wizycie w ZSRR uznał, że spartakiada to młodsza siostra olimpiady i dopuścił do igrzysk państwowych komunistycznych zawodowców.
Justyna Kowalczyk może o tym nie wiedzieć, ale swoim wpisem prowokuje do takich historycznych refleksji i musi nawet brać pod uwagę, że w Internecie zacznie się dyskusja, czy nie jest czasem „agentem wpływu" prowadzonym przez Wierietielnego. Na takie igrzyska nie trzeba przecież czekać do lutego. One trwają przez cały rok.