Żadna z trzech polskich szpadzistek nie awansowała do najlepszej „ósemki” turnieju indywidualnego. Co się stało?

Walki były wyrównane. Ja przegrałam jednym trafieniem z rywalką, którą typuję do medalu. Ola Jarecka miała bardzo dobrą walkę z wicemistrzynią olimpijską, ale w końcówce rywalka uciekła. Przeciwniczka Renaty Miazgi-Knapik w 1/8 finału była zaś po prostu lepsza. Pretendentek do medalu było dużo, a niespodzianek sporo. To jest szermierka, zdarzają się nieprzewidziane rzeczy.

Pani do szczęścia i wygranej zabrakło centymetra…

Podeszłam do walki trochę zachowawczo ze względu na uraz, którego nabawiłam się pod koniec kwietnia. Wyłączył mnie na miesiąc z treningów, przez co nie czułam się tak mocna, jak w pierwszej części sezonu. Walczyłyśmy jednak punkt za punkt, a dogrywka to często loteria. Miałam pomysł, zabrakło niewiele.

Jak się podnieść po takim dniu?

Wszystkie trochę popłaczemy i to przetrawimy. Jest czas, żeby się uspokoić. Czujemy niedosyt. To będzie dodatkowa motywacja.

Teraz turniej drużynowy, w którym regularnie odnosicie sukcesy i wielu już przed igrzyskami widziało w was kandydatki do medalu. Słusznie?

Nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że przyjechałyśmy do Tokio walczyć wyłącznie w drużynie. Każda z nas pokazywała, że stać ją, aby także indywidualnie wchodzić do strefy medalowej. Mogłyśmy to zrobić. Drużyna to oczywiście duża szansa, bo rywalek jest tylko siedem, a my już kwalifikując się do turnieju wykonałyśmy kawał dobrej roboty.

Turniej indywidualny utwierdził was w przekonaniu, że jesteście w formie, bo walki były dobre, a jedynie wyniki niekorzystne?

To były dobre walki, choć pojedyncze akcje dało się wykonać lepiej. Nasza siła w drużynie polega na tym, że nie popełniamy takich błędów. Jeśli teraz także ich unikniemy, to stać nas na pokonanie w ćwierćfinale Estonek. To mecz o wszystko, jesteśmy gotowe.