Protesty, pikiety, taksówkowe blokady stolicy i wszystkie możliwe użyte w tym czasie związkowe sposoby nacisku na rząd nie powstrzymały jednak „uberyzacji" gospodarki.

Choć rezultat batalii o postawienie tamy ekspansji tanich przewozów, organizowanych przez zagraniczne korporacje nierzadko z zasad od lat regulujących rodzimą taksówkarską rzeczywistość, można było przewidzieć, to filmowa relacja reżyserki z wydarzeń wciąga, przykuwa uwagę rozpalonymi do czerwoności emocjami.

Obrazy wybrane do filmu przez Martę Plucińską dobrze ilustrują eskalujące napięcie walczących o przetrwanie tradycyjnych licencjonowanych przewoźników, przekonanych o swych racjach i o konieczności walki z zewnętrzną konkurencją, której brak profesjonalizmu może narażać pasażerów na ryzyka i niebezpieczeństwa.

Doskonały, dynamiczny montaż ułatwia odbiór miejscami zbyt wyrazistych tez i solennego przekazu. Dokument z bliska rejestruje wydarzenia z życia grupy zawodowych taksówkarzy, postaci pełnych pasji, a zarazem ludzi z krwi i kości, z ich namiętnościami, rozterkami i zasadami.

Obraz dokumentuje też żywą obecność w tym środowisku związkowych idei Solidarności, które w swoim czasie poderwały do działania rzesze ludzi, niezależnie od ich przekonań. – To wciąż aktualne dla współczesnych Polaków przesłanie z czasów, gdy istotą związkowej walki były w społeczeństwie sprawy godności ekonomicznej i społecznej oraz szacunek dla jednostki, kraju i tradycji – zdaje się przekonywać Marta Plucińska.

Po wtorkowej premierze filmu „Jutro będzie jutro" reżyserka pytała głównych bohaterów dokumentu obecnych na seansie w warszawskim kinie Muranów, co robią teraz, po tym jak w 2020 r. państwo przyjęło regulacje akceptujące obecność na rynku takich firm, jak Uber czy Bolt. Nieliczni najbardziej rozczarowani decyzjami władzy porzucili swoje „dryndy" z kogutem taxi na dachu. Większość jednak nadal pracuje zawodowo za kółkiem. Główny negocjator i lider protestów dobrze wspomina ludzi poznanych na barykadach, ale teraz zajął się odnawialnymi źródłami energii. A doświadczony działacz Solidarności przyznał, że tak jak inni musiał pogodzić się z faktem, że w taksówkowym transporcie będzie po prostu „globalnie".