Minister skrytykował postawę liderów związkowych zasiadających w radzie nadzorczej KGHM (Skarb Państwa kontroluje 31,8 proc. akcji), którzy brali udział w demonstracji pod biurem zarządu spółki 5 maja (kilka osób usłyszało już wyroki za pobicie ochroniarzy i zniszczenie mienia).

– Mnie najbardziej zbulwersowało to, że na czele pochodu szło trzech członków rady nadzorczej, którzy chyba w tym momencie pomylili swoje funkcje. Ja na WZA nigdy nie zagłosuję za takimi osobami. Teraz będę głosował za ich odwołaniem i nigdy nie będę ich powoływał – zapewnił.

Jednak to nie minister, ale pracownicy wybierają swoich przedstawicieli do rady na mocy ustawy o komercjalizacji i prywatyzacji – i tylko oni mają prawo wnioskować o ich odwołanie. Walne zgromadzenie wyłącznie zatwierdza decyzję załogi.

– Deklaracja ministra mnie nie dziwi – mówi Józef Czyczerski, członek rady i szef największego związku „Solidarności". – Zamiast dialogu i analizowana przyczyn protestu pracowników, mamy eskalację napięcia i prowokację. Szkoda wysiłku pana ministra, kadencja rady wygasa z dniem WZA – kwituje. W ubiegłym tygodniu pracownicy wybrali już swoich reprezentantów na kolejną kadencję.

Konflikt w KGHM dotyczy kwestii płacowych. Związkowcy walczą o 300 zł, co kosztowałoby spółkę około 200 mln zł rocznie.

Wczoraj przedstawiciele załogi w radzie wnioskowali o odwołanie prezesa Herberta Wirtha, ale nie poparli ich reprezentanci Skarbu Państwa. Rada jednomyślnie poparła za to rekomendację zarządu w sprawie podziału ubiegłorocznego zysku, który wyniósł 4,57 mld zł. To najwięcej w historii spółki – 22,9 zł na akcję. Dywidenda ma wynieść 8 zł na akcję. Przypomnijmy, że analitycy oczekiwali co najmniej 10 – 11 zł.

– Protestowałem, gdy były zakusy na wyprowadzanie 100 proc. zysku na dywidendę. Wypłata na poziomie umożliwiającym spółce inwestycje była godna poparcia – mówi Czyczerski.