Debiutancki film Granta Heslova powstał na kanwie dziennikarskiego śledztwa Jona Ronsona, który opisał tajny – a przy tym kuriozalny – program szkolenia żołnierzy amerykańskiej armii.

[wyimek] [link=http://www.rp.pl/artykul/9131,471346_Tajna_bron_USA_.html]Grant Heslov opowiada Barbarze Hollender o pracy nad filmem[/link][/wyimek]

W latach 80. ubiegłego wieku grupa oficerów zafascynowanych nurtem New Age otrzymała fundusze na stworzenie Pierwszego Batalionu Ziemi. Jego członkowie uczyli się m.in. przenikania przez ściany, zabijania wzrokiem, czytania w myślach wroga. Chodziło o stworzenie oddziału superżołnierzy (na wzór rycerzy Jedi z "Gwiezdnych wojen" George'a Lucasa!) rozstrzygających zbrojne konflikty bezkrwawymi metodami z pogranicza magii i parapsychologii.

W filmie na ślad sekretnej jednostki wpada prowincjonalny dziennikarz Bob Winton (Ewan McGregor) porzucony przez żonę. Sfrustrowany postanawia udowodnić jej, że mimo wszystko jest coś wart. Gdy w 2003 roku Amerykanie przystępują do obalenia reżimu Saddama Husajna, jedzie do Iraku, marząc o sławie korespondenta wojennego. Po drodze spotyka Lynna Cassidy'ego (George Clooney) – biznesmena, który twierdzi, że jest byłym żołnierzem Pierwszego Batalionu. Dzięki niemu Winton poznaje historię dziwacznej jednostki od momentu powstania do chwili rozwiązania, gdy Cassidy zabił wzrokiem...kozę.

Twórcy nie mieli pomysłu, jak z tej absurdalnej opowieści stworzyć spójną fabułę. Postawili na zbiór epizodów. W większości żenująco nieśmiesznych. Gwiazdy – McGregor, Clooney, a także Jeff Bridges i Kevin Spacey w rolach sfiksowanych oficerów – stroją miny, ale nie mają co grać.

Szkoda, bo w tej z pozoru błahej komedyjce był materiał na pierwszorzędną groteskę o tym, jak ideały epoki dzieci kwiatów (choćby słynne "Make love not war") przemielone przez popkulturę, a następnie wykorzystane przez polityków i wojskowych, zamieniły się w stek bzdur służących do usprawiedliwiania militarnych operacji.

Tymczasem Heslovowi zabrakło doświadczenia i talentu.