Proszę wybaczyć zdezaktualizowane proroctwo, które i tak się nie sprawdziło, ale gdyby sądzić po imprezowym stylu życia największych gwiazd polskiego rocka na przełomie lat 70 i 80 – być może wśród tych, którzy dożyją pogodnej starości wymieniano by Maanam i Republikę, zaś Lady Pank, śpiewające o balangach u Maksima w Gdyni - zaliczono by do grona straceńców.

Reklama
Reklama

Jan Borysewicz i Lady Pank. Rockowa legenda mimo życia na krawędzi

Tymczasem Kora i Marek Jackowski nie żyją, Grzegorz Ciechowski też odszedł, zaś Janusz Borysewicz, który scenariusz „Mniej obcego” konsultował i nie ukrywa okresu potężnej dezintegracji z użyciem alkoholu i narkotyków – żyje, ma się znakomicie i jest polskim królem gitary.

Gdybym miał użyć magicznego trybu myślenia do wytłumaczenia zdrowotnego cudu w życiu lidera Lady Pank, wskazałbym przypomniany w filmie fakt, że jego gitarowym kunsztem zainteresował się sam Alexis Korner, ten sam, który jako pierwszy poznał się na talencie The Rolling Stones. Ci, którzy znają biografię Stonesów, aluzję pojęli – Keithowi Richardsowi też mało kto dawał szansę na przeżycie przy jego balangowym trybie życia, a jednak to właśnie Richards oraz Borysewicz grają i wydają płyty, gdy inni od dawna leżą na cmentarzu. Wielu naszych artystów próbowało utrzymać się na szczycie, ale to Borysewicz, który grał w legendarnych formacjach Nurt, Apokalipsa Ireneusza Dudka, Katja & Roman, z Breakoutem Tadeusza Nalepy, Budką Suflera i Izą Trojanowską – wciąż tam jest i nic nie wskazuje, że to się zmieni.

Czytaj więcej

Jan Borysewicz: Człowiek jest jak zwierzę

„Mniej obcy”. Jan Borysewicz, Lady Pank i PRL

„Mniej obcy” w reżyserii Kristoffera Rusa, który dorastał w Szwecji w polsko-szwedzkiej rodzinie, słuchając Lady Pank z kaset, jest filmem o tym, jak założyciel Lady Pank miał w życiu cały czas pod górkę, jednak od wczesnego dzieciństwa konsekwentnie realizował wyznaczony sobie cel, by podbić na czele swojego zespołu cały świat.

Jak sugeruje film – wielkim światem wzgardził w połowie lat 80., gdy zrezygnował z kariery w USA, kiedy Lady Pank wydało płytę w MCA i miało otwierać koncerty Madonny, ponieważ amerykańscy menedżerowie ingerowali w niezależność zespołu, domagali się zmiany wokalisty na anglojęzycznego oraz udziału w tworzeniu piosenek amerykańskiego kompozytora. Mniej podkreślony w filmie jest fakt, którego zespół nie ukrywał, że problem stanowił brak znajomości angielskiego, ale sądzę, że amerykański epizod nie służy tylko temu, by przypomnieć historię Lady Pank w USA, lecz by zaakcentować to, co dla nas dziś jest oczywiste: Ameryka i zachodni świat, do których tak wzdychaliśmy w latach 80. – też mają swoich Wielkich Bratów, jacy byli oczywistością dla nas w rzeczywistości realnego socjalizmu i bloku wschodniego.

Czytaj więcej

Quebonafide otrzymał medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”. Pierwszy raper z takim odznaczeniem

Film mocno to akcentuje i od tego się zaczyna: od afery z „Mniej niż zero”, gdy piosenkę powszechnie powiązano ze śmiercią Grzegorza Przemyka, zakatowanego tuż po maturze na komisariacie MO. Wolnościowy i obyczajowy ferment, jaki siało Lady Pank jest wprost pokazany w postaci balang, wyrzucanych z hoteli telewizorów, a to musiało niepokoić SB i mamy w filmie liczne sekwencje ostrzeżeń wobec Borysewicza, które w filmie ostro komentuje. Nie ustrzega się jednak presji wywieranej przez esbeków.

W scenariuszu Wiktora Piątkowskiego i Joanny Kozłowskiej jest to przełożone na sekwencje ucieczki muzyka w alkohol i narkotyki. To zaś skończyło się skandalem na koncercie w Dniu Dziecka 1986 r., gdy lider Lady Pank pokazał milusińskim swoje klejnoty, a potem został poddany powszechnemu wykluczeniu. Musiał się ukorzyć przed Andrzejem Mogielnickim, autorem największych hitów grupy, choć wedle tego, co widzimy w filmie Jan mógł mieć zastrzeżenia co do lojalności tekściarza. Magiczne słowo „przepraszam”, które przekazały wszystkie reżimowe media, musiało paść.

Jan Borysewicz poza sceną. Rodzina, uzależnienia i wiara

O tym być może większość Polaków pamięta lub wie, jednak atutem scenariusza jest pokazanie prywatnych doświadczeń Borysewicza, o których większość widzów filmu raczej nie ma zielonego pojęcia, chyba że czytali wywiad-rzekę, jaki przeprowadził z liderem Lady Pank Marcin Prokop. Trzeba mówić o słodko-gorzkim życiu artysty, bo gdy tylko pojawiało się światełko w tunelu, zawsze szybko mogło zgasnąć lub wręcz gasło. Kiedy oglądamy rodzinną imprezę na wrocławskim Sępolnie, podczas której wszyscy muzykują, zaś Janek ze starszym bratem odkrywa na zagranicznych radiowych falach Jimiego Hendrixa – rozpoczyna się dramat ukochanej mamy, granej przez Kingę Preiss, u której, gdy Janek miał 13 lat, zdiagnozowano stwardnienie rozsiane. Gdy zaczyna się cieszyć się popularnością w lokalnych zespołach – na drodze do muzykowania staje toksyczny ojciec. W filmie grany przez Ireneusza Czopa wyrasta na główną przyczynę problemów i deficytów artysty – zamiast wspierać syna w rozwoju jego pasji i talentu, wszystko komplikuje, ucieka z domu w pracę, zostawiając na barkach braci opiekę nad chorą matką.

Czytaj więcej

Zamek w Ćmielowie, czyli nowe muzyczne centrum w Polsce

Szczególnie tragiczny jest los brata Jana, który w filmie splata się z sukcesem gitarzysty: gdy Borysewicz grał wymarzony koncert z Budką Suflera w Warszawie – Andrzej w wyniku zawodu miłosnego, za którego opis można uznać „Nie wierz nigdy kobiecie”, targnął się na swoje życie.

Biorąc zaś pod uwagę, że Jan wychował się w katolickiej rodzinie, która nie chroniła dziecka przed sadystycznym proboszczem – odpowiedzialny za życiowe dramaty stał się Bóg, zaś powiernikiem i rozmówcą Chrystus. I to oni są adresatami wewnętrznego monologu Borysewicza, na jakim oparta jest narracja.

Trzeba przyznać, że w filmie o gwieździe, która nie gra przecież christian rocka, to mocno zaskakujące. Tak jak sceny udziału Jana w pielgrzymce do Częstochowy, związane z wiarą matki i brata, ale podyktowane także przez potrzebę serca w trudnych chwilach życia.

Nawet dla tych, którzy słyszeli o balangowym stylu życia Borysewicza – zaskoczeniem może być sekwencja na odwyku, ilustrowana „Minus 10 w Rio”. Słodko-gorzkie są relacje z kobietami i historia narodzin dzieci. To wszystko mogło złożyć się wyłącznie na życiową frustrację. Na szczęście muzyka dawała azyl i spełnienie, a także radość i uwielbienie fanów. Przepustkę zaś do sławy zapewnił wielki talent i wspomniana determinacja. I to muzyka okazuje się jedynym absolutem.

Jan Borysewicz na ekranie. Młodego i dojrzałego muzyka grają dwaj aktorzy

Znakomicie wypadają odtwórca młodego Janka – Mirosław Tomczuk (zapamiętajmy tego chłopaka!), jak i dojrzałego już muzyka Mikołaj Bukrewicz. Ależ on śpiewa i gra na gitarze. Brawo! Świetny jest też Marcel Barra jako Janusz Panasewicz.

Całego bogactwa dokonań Borysewicza filmu nie pokazał – m.in. koncertów na stadionach ZSSR z zespołem Tadeusza Nalepy, choć mamy sceny orgii w jego willi. Nie ma kariery w NRD, jest za to wiele mówiący o podziale Europy, epizod wyjazdu Budki Suflera do Holandii, gdzie zamiast zarabiać na koncertach, największe gwiazdy polskiej sceny zasuwają na budowie.

Czytaj więcej

Już 622 tysiące widzów obejrzało „Lalkę” Macieja Kawalskiego

Film nie idealizuje Borysewicza, choć gdy jego opowieść była podstawą scenariusza – z pewnością jest mu życzliwszy niż byłyby relacje innych, z którymi drogi Jana się rozeszły. Nie w tym jednak rzecz: film, pokazując niełatwą drogę na rockowy szczyt podkreślać ma bowiem determinację artysty, który gra dla nas od pięciu dekad. Doceńmy to, przymykając oko na paździerz, który chwilami widzimy w obrazku. A może się mylę i już nie pamiętam, jak wyglądało PRL?

Pewne jest to, że hity Lady Pank się nie zestarzały, zespół wciąż utrzymuje się na topie, a Borysewicz w konkursie na najlepszego gitarzystę świata nie odpadłby w przedbiegach, tylko rywalizowałby o palmę pierwszeństwa, bo to, co go nie zabiło – naprawdę go wzmocniło. I taki Borysewicz jest dla mnie mniej obcy.