Reklama

Opętany żądzą sukcesu

Przez 150 minut „Wielki Marty” gna w zawrotnym tempie i jest popisem aktorskiego kunsztu Timothéego Chalameta. To film o głodzie sukcesu i cenie, jaką trzeba za niego zapłacić. Denerwujący? Bardzo, ale warto zobaczyć go do końca

Publikacja: 30.01.2026 12:59

Timothée Chalamet sfilmie „Wielki Marty”

Timothée Chalamet, „Wielki Marty”

Timothée Chalamet sfilmie „Wielki Marty”

Foto: Monolith Films

Jest początek lat 50. XX wieku. Tytułowy Marty to młody Nowojorczyk, który pracuje w sklepie obuwniczym swojego wuja. Jego ambicje sięgają jednak znacznie wyżej niż przyklękanie przed klientami, by pomóc im włożyć buty. Chłopak chce zostać sławnym pingpongistą i biznesmenem promującym własną linię pomarańczowych piłeczek. W Stanach tenis stołowy wciąż jeszcze nie cieszy się popularnością, ale Marty Mauser czuje, że dla niego jest obietnicą sukcesu, bogactwa, gwiazdorskiego życia, zaspokojenia własnych ambicji. Dlatego wszystko postawi na tę jedną kartę. 

Reklama
Reklama

Akcja „Wielkiego Marty’ego” gna jak rollercoaster, w którym jednak wcale nie ping-pong jest najważniejszy. Marty, młokos w okularkach i z trądzikiem na twarzy, gra z własnym życiem. Liczy się sukces. Kasa, którą można zarabiać w każdy sposób, niekoniecznie uczciwy. Apartament w Ritzu, odpowiednia kochanka – choćby starzejąca się gwiazda, żona biznesmena, który mógłby sfinansować karierę. Ale jest też w życiu Marty’ego kobieta, która nosi jego dziecko, choć on sam temu zaprzecza. I wreszcie przeciwnik z Japonii, który stał się jego obsesją. 

Czytaj więcej

Kaouther Ben Hania dla "Rzeczpospolitej". Głos umierającego dziecka w Gazie

Jak Marty Reisman

Bohater „Nieoszlifowanych diamentów” – poprzedniego filmu, który Josh Safdi nakręcił razem z bratem Bennym – był jubilerem i handlarzem diamentów, a jednocześnie niepohamowanym hazardzistą. Facetem, wokół którego zaciska się pętla, ale on dla wygranej jest w stanie poświęcić wszystko. Działa jak w amoku, w wiecznym napięciu. Podobnie jest z Martym, tyle że jego światem jest ping-pong. On chce tutaj budować swoją pozycję – towarzyską, materialną. Co ich łączy? Łapanie każdej okazji, brak jakichkolwiek zahamowań moralnych w wyborze drogi, która ma ich doprowadzić do celu. Hazard i nieuczciwość. Szalony kołowrotek, w jakim żyją.

Reklama
Reklama

„Wielki Marty” jest luźno oparty na historii Marty’ego Reismana – mistrza gry w tenisa stołowego z połowy wieku XX, który wydał swoje wspomnienia „The Money Player”. Napisał w nich: „Gracze w tenisa stołowego muszą przetrwać dzięki swojemu rozumowi. Najlepsi zawsze byli przemytnikami albo hazardzistami”. On sam był i przemytnikiem, i hazardzistą. Wciągał graczy do pingpongowych pojedynków, a gdy kilka pierwszych setów celowo przegrywał, potrajał stawkę i pozbawiał przeciwników ostatnich centów. Szedł przez życie brutalnie i bez wyrzutów sumienia. I, jak bohater „Wielkiego Marty’ego”, miał swojego wielkiego przeciwnika, sportowca z Japonii. 

Co, poza japońskim zawodnikiem, z jego życia wzięli scenarzyści? Właśnie ów brak skrupułów, dążenie do celu po trupach, zwariowane tempo życia. A poza tym znalazło się w tym filmie wszystko, co się da (i nie da), łącznie z pytaniami na temat losu żydowskiego i dość niesmacznych żartów z Holocaustu.

Czytaj więcej

„Grzesznicy” dostali 16 nominacji do Oscarów i pobili rekord wszech czasów

Oscar dla Chalameta?

Genialnie jako Marty zaprezentował się Timothée Chalamet. 30-letni aktor dostał za tę rolę trzecią nominację do Oscara. Poprzednie miał za kreację przeżywającego homoseksualne zauroczenie nastolatka w „Tamtych dniach, tamtych nocach” Luca Guadagnino i za rolę młodego Boba Dylana w „Kompletnie nieznanym” Jamesa Mangolda. Przygotowując się do pierwszego z tych filmów 22-letni wówczas aktor nauczył się włoskiego i przez półtora roku ćwiczył grę na fortepianie. Zachwycił na ekranie niewinnością i delikatnością. Nie dał się jednak wtłoczyć w wizerunek wrażliwych chłopców. Niedługo potem w „Moim pięknym synu” Felixa van Groeningena zagrał narkomana staczającego się na dno: w nałóg i kolejne stopnie upodlenia. Ta kreacja przyniosła mu nominację do Złotego Globu i BAFTY. Nie bał się zmian. Wystąpił w „Diunie” Villeneuve’a, w Allenowskim „W deszczowy dzień w Nowym Jorku”, w „Małych kobietkach” Gerwig. 

Timothée Chalamet szuka wyzwań i potrafi zaskoczyć. Rola w „Wielkim Martym” też jest zaskoczeniem. Młody aktor nauczył się grać w pingponga, przede wszystkim jednak poradził sobie ze stworzeniem postaci narwanej, nieuczciwej, mimo pasji niebudzącej sympatii. Nie przestraszył się bohatera egoistycznego, impulsywnego, momentami wręcz żałosnego.

Reklama
Reklama

Safdie zadbał, by dać mu odpowiednią oprawę i świetnych, często nieoczywistych partnerów. Namówił na udział w filmie 53-letnią Gwyneth Paltrow, która na dużym ekranie nie pojawiła się od 2019 r., od czasu „Avengers: Końca gry”. Tu laureatka Oscara sprzed ponad ćwierć wieku za kreację w „Zakochanym Szekspirze” z dużym wyczuciem i subtelnością zagrała starzejącą się gwiazdę, kochankę Marty’ego. W jej męża, bogatego biznesmena, wcielił się autentyczny milioner – Kanadyjczyk Kevin O’Leary. Wuja głównego bohatera gra dziennikarz Larry Sloman. Przyjaciela – raper Tyler, the Creator Okonma. Bezwzględnego gangstera Ezrę Myszkina, którego jedyną miłością jest jego pies – ekscentryczny reżyser Abel Ferrara.

I to nie koniec zabaw z obsadą. Nad pomysłem sprzedaży pomarańczowych piłeczek do pingponga pracuje z Martym Luke Manley, którego Safdie wypatrzył w klipie na Instagramie w ulicznej sondzie na temat nowojorskiej drużyny koszykowej Knicks. I, trudno ukryć, Manley nie grzeszył tam stonowanym językiem.

Świetny finał

Toczący się w zawrotnym tempie, zrealizowany za ogromną dla Josha Safdiego sumę 70 mln dol., wyróżniony dziewięcioma nominacjami do Oscara „Wielki Marty” trwa 150 minut. Safdie zmienia style opowiadania: gładko przechodzi od dramatu do komedii i z powrotem. Kreśli ponury portret zwariowanego świata, który pogubił podstawowe wartości. Pyta o cenę sukcesu. Niektóre sceny i postacie są zabawne, choć scenarzyści – Safdie i Ronald Bronstein zastanawiali się chyba głównie nad tym, co można wymyślić, żeby głównego bohatera jeszcze bardziej obrzydzić. I chwilami zapominali, że wytrzymałość i uwaga widza też ma swoje granice. Ale w końcówce filmu okazuje się, po co to wszystko robią. Nominowany do Oscara za zdjęcia do „Wielkiego Marty’ego” Darius Khondji genialnie filmuje ostatnią walkę Mausera. Drżąca kamera pozwala sobie na nieostrości, pokazuje nerwowe tiki, pot, przerażająco silne emocje. I coś jeszcze, co trzeba zobaczyć samemu. Na to zakończenie warto czekać aż dwie i pół godziny.

 

Film
Kaouther Ben Hania dla "Rzeczpospolitej". Głos umierającego dziecka w Gazie
Film
Moskwa płonie w „Mistrzu i Małgorzacie”
Film
Oscarowe nominacje nie dla łatwych bajek
Film
„Grzesznicy” dostali 16 nominacji do Oscarów i pobili rekord wszech czasów
Film
Dwoje Polaków z nominacją do Oscara
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama