Jest początek lat 50. XX wieku. Tytułowy Marty to młody Nowojorczyk, który pracuje w sklepie obuwniczym swojego wuja. Jego ambicje sięgają jednak znacznie wyżej niż przyklękanie przed klientami, by pomóc im włożyć buty. Chłopak chce zostać sławnym pingpongistą i biznesmenem promującym własną linię pomarańczowych piłeczek. W Stanach tenis stołowy wciąż jeszcze nie cieszy się popularnością, ale Marty Mauser czuje, że dla niego jest obietnicą sukcesu, bogactwa, gwiazdorskiego życia, zaspokojenia własnych ambicji. Dlatego wszystko postawi na tę jedną kartę.
Akcja „Wielkiego Marty’ego” gna jak rollercoaster, w którym jednak wcale nie ping-pong jest najważniejszy. Marty, młokos w okularkach i z trądzikiem na twarzy, gra z własnym życiem. Liczy się sukces. Kasa, którą można zarabiać w każdy sposób, niekoniecznie uczciwy. Apartament w Ritzu, odpowiednia kochanka – choćby starzejąca się gwiazda, żona biznesmena, który mógłby sfinansować karierę. Ale jest też w życiu Marty’ego kobieta, która nosi jego dziecko, choć on sam temu zaprzecza. I wreszcie przeciwnik z Japonii, który stał się jego obsesją.
Czytaj więcej
Opowiedzieliśmy historię wielu palestyńskich dzieci. To otwarta rana. Nie wiem, jak ludzkość może...
Jak Marty Reisman
Bohater „Nieoszlifowanych diamentów” – poprzedniego filmu, który Josh Safdi nakręcił razem z bratem Bennym – był jubilerem i handlarzem diamentów, a jednocześnie niepohamowanym hazardzistą. Facetem, wokół którego zaciska się pętla, ale on dla wygranej jest w stanie poświęcić wszystko. Działa jak w amoku, w wiecznym napięciu. Podobnie jest z Martym, tyle że jego światem jest ping-pong. On chce tutaj budować swoją pozycję – towarzyską, materialną. Co ich łączy? Łapanie każdej okazji, brak jakichkolwiek zahamowań moralnych w wyborze drogi, która ma ich doprowadzić do celu. Hazard i nieuczciwość. Szalony kołowrotek, w jakim żyją.