Jean-Paul i Luc Dardenne’owie o filmie „Tori i Lokita”: Nikt nie czeka na tych ludzi

Wykluczenie wielkie cierpienie – mówią Jean-Paul i Luc Dardenne’owie, twórcy filmu o imigrantach „Tori i Lokita”.

Publikacja: 12.06.2023 03:00

Pablo Schils i Joely Mbundu jako bohaterowie filmu braci Dardenne'ów „Tori i Lokita”. Już w polskich

Pablo Schils i Joely Mbundu jako bohaterowie filmu braci Dardenne'ów „Tori i Lokita”. Już w polskich kinach

Foto: GUTEK FILM

Lata mijają, a panowie się nie zmieniają. Kolejne wasze filmy, które zdobyły tyle nagród, zawsze są opowieściami o nierównościach w zachodnich społeczeństwach, o tragediach ludzi wyrzucanych na margines.

Na filmowcach zawsze ciążył obowiązek dokumentowania świata i my się w to wpisujemy. Nie ciągnie nas do czystej rozrywki, nie bawimy się efektami specjalnymi, nie ekscytuje nas zapełnianie ekranu superbohaterami. Po prostu rozglądamy się wokół. Interesują nas ludzie pozbawieni pracy i środków do życia, narkomani czy imigranci. Ale też nie mówimy: „Robimy film o społecznych niesprawiedliwościach”. To krytycy przyczepiają etykietki. Gdybyśmy kręcili filmy o przedstawicielach klasy średniej, pewnie uchodzilibyśmy za specjalistów od dramatów psychologicznych. A skoro nasi bohaterowie pochodzą na ogół z niezamożnych przedmieść, staliśmy się „Dardenne’ami od kina społecznego”.

Czytaj więcej

„Gorące dni” i „Tori i Lokita”. Dobre kino na upalny wieczór

Jak rodzą się pomysły na wasze filmy?

Patrzymy na ludzi. Czasem impulsem jest drobne zdarzenie. Kiedyś kręciliśmy na przedmieściach i zaobserwowaliśmy, że codziennie przechodziła obok dziewczyna z chłopczykiem w wózku. Nigdy nie było przy niej mężczyzny. Zastanawialiśmy się, co stało się z ojcem malucha. Tak powstało „Dziecko”. Kiedy myśleliśmy o filmie o terroryzmie, nie szukaliśmy informacji o masakrach. Nie interesowały nas wybuchy bomb i faceci szkoleni na maszyny do zabijania. Spotkaliśmy kiedyś 12-letniego muzułmanina, który sprawiał wrażenie religijnego fanatyka. Był potwornie zacietrzewiony. Zastanawialiśmy się, czy można do niego jakoś dotrzeć, przezwyciężyć jego radykalizm. Czy mógłby uwolnić się od nienawiści i ideologii, jaką wpoił mu imam – od tworzenia podziałów, klasyfikowania, co jest „czyste”, a co „nieczyste”. Tak powstał „Młody Ahmed”.

„Tori i Lokita” to kolejny po „Młodym Ahmedzie” czy „Milczeniu Lorny” panów film o imigrantach.

Interesują nas outsiderzy. Teraz chcieliśmy opowiedzieć o tych, którzy musieli opuścić własny świat i znaleźli się w nowym, gdzie nikt na nich nie czeka. Czujemy w stosunku do nich mnóstwo empatii. Obcość i wykluczenie to wielkie cierpienie.

Czytaj więcej

Cannes 2022: Świat, który nie daje nadziei

Lorna była młodą Albanką, która za zachodnie obywatelstwo zdecydowała się wyjść za mąż za człowieka wskazanego przez mafię. 11-letni Tori i 16-letnia Lokita są potwornie samotni.

Każdy imigrant jest samotny, ale gdy są to dzieci, problem jest szczególnie bolesny. Emigracja jest dla nich olbrzymią traumą. Studiowaliśmy wyniki badań psychologów, psychiatrów, edukatorów opisujących tragiczne przejścia dzieci i potworną izolację, która odbija się na ich zdrowiu. Powoduje ataki paniki i niepokoju. Albo odwrotnie. Dzieci są nieustannie śpiące, bo to jest ich obrona przed rzeczywistością, której nie rozumieją. Tori i Lokita też żyją w traumie. Dlatego tak ogromnie ważna staje się dla nich głęboka przyjaźń, która zaczyna ich łączyć. To ona daje im poczucie domu. Ale świat wokół nie pozwoli na happy end.

Jak przygotowywali się panowie do realizacji „Toriego i Lokity”?

Początkowo chcieliśmy zrobić film o matce z dwojgiem dzieci, ale gdy czytaliśmy i słyszeliśmy różne emigranckie historie, postanowiliśmy opowiedzieć o dzieciach pozbawionych jakiegokolwiek oparcia. Praktycznie nie mieliśmy możliwości rozmowy z nimi. Nawet te, które trafiają do specjalnych ośrodków, są przerażone, nie chcą wracać do wspomnień. Pozbawione najbliższych nierzadko zamykają się w sobie coraz bardziej. Kontakt z nimi mają tylko wychowawcy i psychologowie. I głównie z nimi rozmawialiśmy.

Lokita nie ma wizy, a jako nielegalna, afrykańska emigrantka skazana jest na szczególnie brutalne traktowanie.

Nie potrafi się bronić. Jest bezsilna, poniewierana jako tania siła robocza, zamykana w hodowli marihuany, zmuszana do seksu. Taka sytuacja musi doprowadzić do tragedii. Wykorzystywanie i tworzenie gett sprawiają, że na ubogich przedmieściach powstają ośrodki zapalne. Frustracja nierzadko zamienia się w agresję. Potem politycy dziwią się, że na ulicach Paryża czy Lyonu płoną samochody, ale nie robią nic, żeby do tych ludzi wyciągnąć rękę.

Czytaj więcej

Bracia Dardenne w głowie terrorysty

Do Polski napłynęła olbrzymia, kilkumilionowa fala emigrantów z Ukrainy...

To była specyficzna emigracja. Zaskakująca i nagła. Ludzie nie spodziewali się wojny. Granicę przekraczały głównie kobiety, które chciały chronić swoje dzieci. I większość z nich marzyła o powrocie do własnych domów. Wiem, że Polacy bardzo tę pierwszą falę uchodźców wspierali. Ale jak długo ta sytuacja może trwać? To wielki temat dla waszych artystów.

Wciąż jednak pojawia się pytanie: czy takie filmy mają szansę dotrzeć do publiczności?

Ludzie oglądają amerykańskie blockbustery. W dobie streamingu inne produkcje rejestrujące społeczne bolączki z coraz większym trudem trafiają do kinowej publiczności. Ale wciąż jest grupa twórców, my do niej należymy, która chce robić filmy do kin. I bardzo ważna wydaje nam się edukacja młodych ludzi. W Belgii możemy liczyć na ok. 125 tys. widzów – uczniów czy studentów. Wierzę, że kina artystyczne mają przyszłość. Jako nastolatkowie obejrzeliśmy „Mouchette” Bressona i może także ten film o tragedii i śmierci poniewieranej dziewczyny ukształtował naszą wrażliwość. Po obejrzeniu „Obywatela Milka” Gusa van Santa lepiej zrozumieliśmy, jakie dramaty w tradycyjnych środowiskach przeżywają ludzie tylko dlatego, że są homoseksualni. Może dziś zainteresuje kogoś to, co my mamy do powiedzenia?

Lata mijają, a panowie się nie zmieniają. Kolejne wasze filmy, które zdobyły tyle nagród, zawsze są opowieściami o nierównościach w zachodnich społeczeństwach, o tragediach ludzi wyrzucanych na margines.

Na filmowcach zawsze ciążył obowiązek dokumentowania świata i my się w to wpisujemy. Nie ciągnie nas do czystej rozrywki, nie bawimy się efektami specjalnymi, nie ekscytuje nas zapełnianie ekranu superbohaterami. Po prostu rozglądamy się wokół. Interesują nas ludzie pozbawieni pracy i środków do życia, narkomani czy imigranci. Ale też nie mówimy: „Robimy film o społecznych niesprawiedliwościach”. To krytycy przyczepiają etykietki. Gdybyśmy kręcili filmy o przedstawicielach klasy średniej, pewnie uchodzilibyśmy za specjalistów od dramatów psychologicznych. A skoro nasi bohaterowie pochodzą na ogół z niezamożnych przedmieść, staliśmy się „Dardenne’ami od kina społecznego”.

Pozostało 86% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Film
Cannes 2024: Yorgos Lanthimos z surrealistycznymi „Rodzajami życzliwości”
Film
Cannes 2024: Francis Ford Coppola wraca na Croisette z „Megalopolis”
Film
Trzecia miłość w trzecim sezonie „Bridgertonów”
Film
Premiera w Cannes superprodukcji „Furiosa: Saga Mad Max”
Film
Cannes: Polska koprodukcja rywalizuje z filmami Coppoli, Lanthimosa i Sorrentino