Autorzy „Tori i Lokity”, Belgowie Jean-Pierre i Luc Dardenne’owie, nie potrzebują wielkiej machiny produkcyjnej, gigantycznego budżetu i gwiazd, by widzów poruszyć, wyrwać z samozadowolenia, potrząsnąć ich sumieniem.

Oni mają prosty przepis na kino. To umiejętność obserwacji, wyczulenie na krzywdę innych, szukanie prawdy. Robią filmy o tych, którym wiatr nie wieje w żagle, którzy z trudem dają sobie radę z codziennością.

Piękna przyjaźń

W czasach migracji i kolejnych fal uchodźców pokazują ludzi, którzy musieli zostawić własne domy i szukać nowego życia w obcym świecie. Tak było w „Milczeniu Lorny” o emigrantce z Albanii, która w Liege stała się obiektem zainteresowania rosyjskiej mafii. Teraz bohaterowie „Toriego i Lokity” są emigrantami z Afryki Zachodniej.

Tori ma 11 lat, Lokita 16. Są dla siebie wszystkim, podają się za rodzeństwo. Lokita nie ma legalnych papierów, więc musi udowodnić w urzędzie imigracyjnym, że zaakceptowany wcześniej Tori jest jej bratem. Ale oboje wiedzą, że nie przejdą pozytywnie testu DNA, jakiego żądają biurokraci z urzędu imigracyjnego. Więc ich codzienność to świat, w którym diler w zamian za załatwienie lewych papierów zmusza dziewczynę do pracy w nieludzkich warunkach i całkowitej izolacji przy uprawie konopi na marihuanę. A za dodatkowe 50 euro także do seksu. Lokita i Tori mają tylko siebie i odrobinę marzeń o lepszej przyszłości.

W głównych rolach wystąpiła dwójka amatorów, o których recenzenci piszą, że zagrali lepiej niż zawodowi aktorzy i gwiazdy. Ten film to trzy wnętrza, minimalny budżet, a powstała wstrząsająca opowieść o pięknej przyjaźni i świecie, który nie pozostawia złudzeń, że może być dobrze.

Czytaj więcej

Cannes 2022: Mungiu o ksenofobii

Trudno zapomnieć oczy dziecka, które mówi: „Jestem zupełnie sam”. Chyba po raz pierwszy w swej karierze bracia Dardenne zostawiają widza bez krztyny nadziei.

Inny, więc gorszy

Temat emigracji pojawia się w wielu filmach. W „R.M.N.” Cristian Mungiu zaszywa się w małym, górskim miasteczku w Transylwanii, gdzie szefowa piekarni, nie mogąc znaleźć pracowników, zatrudnia emigrantów ze Sri Lanki.

– Takie zdarzenie naprawdę miało miejsce w rumuńskiej wiosce na początku 2020 roku – mówi mi reżyser. – Wykorzystałem je, bo chciałem pokazać, jak kruche są podstawy naszej empatii i humanitaryzmu. Jak niewiele trzeba, by do głosu doszły nasze najgorsze cechy.

Autopromocja
Wyjątkowa okazja

Roczny dostęp do treści rp.pl za pół ceny

KUP TERAZ

W miasteczku, gdzie mieszają się wpływy rumuńskie, węgierskie i cygańskie, ciemnoskórzy mężczyźni wzbudzają powszechną nienawiść. Sklepy przestają przyjmować pieczony w zakładzie chleb, ludzie żądają wydalenia „obcych”.

– Takie są nastroje świata. A ksenofobię i nacjonalizm wykorzystują do swoich celów politycy wielu krajów – twierdzi Mungiu. W „R.M.N.” pokazuje, że nawet ci, którzy pracując w Niemczech, są emigrantami, u siebie uchodźców prześladują.

Nierówności społeczne obserwuje też James Gray. W „Armageddon Time” wraca do lat 80., własnego dzieciństwa i przyjaźni z czarnoskórym chłopakiem. Gdy obaj kradną w szkole komputer, co wymyśla Paul, jego ojciec broni syna, zrzucając całą winę na imigranta. Nikt zaś nie chce dociekać prawdy. A Paul godzi się ze słowami ojca: „Wiem, że to niesprawiedliwe, ale świat jest niesprawiedliwy. Nigdy więcej do tego nie wracajmy”.

Każdy z twórców tych trzech filmów patrzy na imigrację trochę inaczej. Film Graya zebrał umiarkowane recenzje. „R.M.N.” jest ciekawą próbą opisania ksenofobii. „Tori i Lokita” to film, który boli: zrobiona najskromniejszymi środkami wielka opowieść o podzielonym świecie, w którym słabi i „inni” nie mają szansy na godne życie.

Belgowie należą do najciekawszych reżyserów Europy. Mają własny styl, któremu wierni są od lat. Gdy w 1999 roku zdobyli w Cannes Złotą Palmę za „Rosettę”, prawie nikt ich nie znał. I odtąd wracają tu z każdym niemal filmem. Dostali kolejną Złotą Palmę za „Dziecko”, nagrody za „Syna”, „Nieznaną dziewczynę”, „Milczenie Lorny”, „Młodego Ahmeda”. Nie wyobrażam sobie, by tegoroczne jury obradujące pod przewodnictwem Vincenta Lindona pominęło „Toriego i Lokitę” w werdykcie.