Rz: Należy pan do narodu, którego historia nie oszczędzała. Nic więc dziwnego, że od początku śledził pan w swoich filmach jej meandry. A jaki jest dzisiaj pana stosunek do przeszłości? Uważa pan ją za skarbnicę mądrości czy obciążenie?

Theo Angelopoulos:

Ciągle wyrównuję rachunki z historią, a jednak nie umiem na to pytanie odpowiedzieć. Czasem myślę, że jesteśmy podmiotami dziejów i mamy wpływ na ich bieg. Częściej jednak mam wrażenie, że to one zmieniają nas i nasze życie. Sam żyłem w niespokojnych czasach, przeszedłem przez doświadczenia II wojny światowej i dwóch wojen domowych w Grecji. Moje osobiste losy w dużej mierze zależne były od historii. Czy stała się ona dla mnie obciążeniem? Z pewnością. Ale jednocześnie ukształtowała mnie i stworzyła. Także jako artystę. Dlatego odprawiam w swoich filmach różne egzorcyzmy, próbuję odciąć się od przeszłości, a jednak nie potrafię od niej uciec.

Pana bohaterowie są wiecznymi tułaczami.

Grecja od czasów antycznych ciągle walczyła o wolność i niezawisłość. Przeżyliśmy okupację rzymską i trwającą kilka wieków okupację turecką. Od zarania dziejów bywaliśmy banitami i historia najnowsza też nam tego nie oszczędziła. Nie przez przypadek nasze wielkie dzieło – „Odyseja” Homera – jest opowieścią o podróży i powrocie. Droga w nieznane zawsze była naszym przeznaczeniem. Ale przecież te podróże pomagają nam poznać siebie. I docenić wartość domu.

Przyjeżdżam do Francji jako znany reżyser i czuję się obco. Zjednoczenie Europy nastąpiło tylko na papierze

Marcello Mastroianni w „Zawieszonym kroku bociana” pytał: „Ile granic trzeba przejść, żeby dojść do domu?”. Też zawsze zadawałem sobie to pytanie, szukałem domu przez całe życie.

I znalazł go pan?

Czasem żartuję, że mój dom to samochód, z którego widać mijane pejzaże.

Autopromocja
Bezpłatny e-book

WALKA O KLIMAT. Nowa architektura energetyki

POBIERZ

Rzeczywiście jest pan nieustannie w drodze, podobnie jak pańscy bohaterowie. Ale przecież te podróże nie otwierają im świata. Niemal we wszystkich filmach opowiada pan o granicach, bardzo różnych i trudnych do pokonania.

To prawda. I granica nie jest dla mnie pojęciem czysto geograficznym. To raczej linia, która oddziela miejsca i ludzi. To cezura między przeszłością i przyszłością, między tym, co możliwe a co całkiem nierealne, nawet między życiem a śmiercią.

Tak jak w „Wieczności i jednym dniu”?

No właśnie. Człowiek na granicy dwóch światów wie, że ma przed sobą jeden dzień życia. Co zrobi z godzinami, jakie mu pozostały? Zanurzy się w przeszłość czy poszuka nowych, ostatnich wrażeń? Z kim będzie chciał się pożegnać? Do czego wrócić?

Powroty to kolejny ważny motyw w pana twórczości. W jednym z najbardziej przejmujących pana filmów, „Spojrzeniu Odyseusza”, bohater wraca do Grecji, ale pokazuje też pan ogromną pustkę współczesnej europejskiej kultury.

Bo coś takiego dzisiaj doświadczam. Kiedy w latach 60. przyjechałem do Paryża, byłem świadkiem kulturalnej eksplozji. Kino, filozofia, teatr, muzyka, nawet miłość na ulicach – wszystko to żyło, barwne i porywające. Europa kwitła. W ostatnich dekadach czuję głównie marazm.

I jak większość pana bohaterów ma pan poczucie obcości?

Tak. Gdy jako młody człowiek wyjeżdżałem z Grecji, niczego się nie bałem. Przyjechałem na paryski Gare de Lyon i choć byłem obcokrajowcem, zostałem przyjęty jak przyjaciel. Teraz przyjeżdżam do Francji jako znany reżyser i czuję się obco. Zjednoczenie Europy nastąpiło tylko na papierze. Unia Europejska to może wspólnota monetarna i ekonomiczna, ale na pewno nie polityczna i kulturalna. Nie czujemy się obywatelami tego samego świata.

Michelangelo Antonioni, wielki intelektualista i wieczny podróżnik, w swoim ostatnim filmie „Poza chmurami” mówił, jak ważna jest bliskość drugiego człowieka. W pana filmie „Wieczność i jeden dzień” jest podobna myśl. I jeszcze coś: stary profesor zaprzyjaźnia się z samotnym dzieckiem.

Dzieci... Może to nie jest ratunek, ale pocieszenie. I nadzieja. Moja córka kilka miesięcy temu urodziła synka i jego narodziny obudziły we mnie emocje, których się nie spodziewałem. Patrzę na niego i widzę w nim ciąg dalszy świata.

Co pan, mistrz kina, powiedziałby młodym filmowcom?

Jest im bardzo trudno. Trudniej niż kiedyś nam. Telewizja bardzo zaszkodziła kinu, a ludzi popchnęła ku łatwiźnie. Zniszczyła ambitną, ciekawą świata publiczność. Obserwuję to w Grecji, we Francji, we Włoszech. Dlatego młodzi artyści są zagubieni. Potrzeba dużo odwagi, uporu i determinacji, by poświęcić się dla sztuki, zrezygnować z natychmiastowej zapłaty. Borgesa zapytano kiedyś, dlaczego pisze. Odpowiedział: „Dla siebie, dla moich przyjaciół. I jeszcze po to, by pokonać upływ czasu”. Ja mógłbym odpowiedzieć podobnie. Ale młodym twórcom przypomniałbym raczej zdanie Platona: „Jeśli chcemy poznać samego siebie, trzeba przejrzeć się w oczach drugiego człowieka”. Tym, którzy wchodzą dopiero na własną drogę, radziłbym szukać spojrzenia tego drugiego człowieka.

 

 

Ten mistrz europejskiego kina jest w Polsce niemal nieznany. Na ekranach naszych kin były tylko dwa jego filmy: pochodzące z 1972 r. „Days of 36” oraz nagrodzona Złotą Palmą „Wieczność i jeden dzień” (1998). Na ENH odbyła się retrospektywa jego twórczości. Urodził się w 1935 r. w Atenach. Skończył Wydział Prawa na uniwersytecie łacińskim, a następnie studiował w Paryżu reżyserię i współpracował z dokumentalistą Jeanem Rochem. Po powrocie do Grecji pracował jako krytyk filmowy, a w 1970 r. zadebiutował filmem „Rekonstrukcja”. Potem była trylogia poświęcona XX-wiecznej historii Grecji – „Pamiętny rok”, „Podróż komediantów” oraz „Myśliwi”. W 1980 r. zrealizował „Aleksandra Wielkiego”, potem były: „Podróż na Cyterę”, „Pszczelarz”, „Pejzaż we mgle”, „Zawieszony krok bociana”, „Spojrzenie Odyseusza”. W 1998 roku za „Wieczność i jeden dzień” Angelopoulos dostał Złotą Palmę na festiwalu w Cannes. Sześć lat później na tej samej imprezie pokazał „Płaczące łąki”. Bohaterami jego filmów bywają zwykle ludzie zagubieni, samotni, często wyrzutki z własnego kraju, wiecznie czegoś szukający. Inteligentne, niespieszne kino Angelopoulosa czeka na widza, który potrafi się poddać jego nastrojowi, odczytać symbole. Zadumać nad europejskim losem i XX-wieczną historią.

bh