Rozmawia Anna Kilian
Wprowadzając główną postać kobiecą, Isabelle, cytuje pani jej ustami fragment „Pantery" Rilkego mówiący o „zdrętwiałej ogromnej woli". Czy wybrała pani te słowa, by wytłumaczyć, dlaczego nauczycielka niemieckiego ucieka nagle ze ściganym złodziejem?
Sarah Leonor:
Chciałam od razu określić stan umysłu Isabelle i Bruna. Każde z nich czuje się jak zamknięte w klatce dzikie zwierzę. Isabelle nie wie, co przyniesie jej najbliższa przyszłość, a Bruno, złodziej, żyje jak w pułapce. Świetnie do siebie pasują.
Jest w „Prawdziwej miłości" jeszcze jedna, sprawiająca wrażenie zduszonej, osoba – wypuszczony z więzienia Manu, przyjaciel Bruna. Choć już wolny wydaje się przygnębiony. Czy wolność to przede wszystkim stan umysłu?
Tak. W więzieniu Manu uświadomił sobie, że wolnością nie można się cieszyć w samotności. Siedząc w izolatce, połknął widelec, by móc z kimś porozmawiać. Bruno spodziewał się, że po wyjściu z zakładu Manu będzie znów jego mentorem. Ale więzienie go złamało.
Międzynarodowy tytuł pani filmu to „Prawdziwe życie". Polski – „Prawdziwa miłość" – nie bardzo pasuje, bo nawet w jednej ze scen – podczas ucieczki – Bruno retorycznie pyta Isabelle: „Czy nie tak wygląda prawdziwe życie"?
Chciałam pokazać, że „prawdziwe życie" nie dla każdego znaczy to samo. Bruno chciałby zostać tam, gdzie się ukrywają, a Isabelle – powrócić do świata pod zmienionymi nazwiskami.
Film ma ciekawą formę. Stylistycznie dzieli się na dwie części. Pierwsza przypomina francuskie kino z wczesnych lat 50. – zwłaszcza dzięki grającemu w stylu Jeana Gabina Manu Jacques'owi Nolot – zaś druga mogłaby się rozgrywać na bagnach Luizjany.
Atmosfera filmu zmienia się z realistycznej na przypominającą sen lub baśń. Na taką rzeczywistość podświadomości, krajobraz wewnętrzny, by podkreślić przemianę bohaterów. Plenery drugiej części nakręciłam na podmokłych terenach blisko granicy z Niemcami. Te rejony silnie oddziałują na tych, którzy tam przyjeżdżają, są bardzo poetyckie.
Bohaterowie muszą jednak w końcu obudzić się ze snu i wrócić do cywilizacji...
Wszyscy musimy to robić. Można czasem uciec od rzeczywistości, ale nie na długo.
Bruna zagrał zmarły w wieku 37 lat Guillaume Depardieu, syn znanego aktora. To jego przedostatnia rola. Jakim był człowiekiem?
Miał reputację niegrzecznego chłopca, wiecznie skłóconego z ojcem (Gérardem Depardieu – przyp. red.). Osoby, z którą trudno się pracuje. Jego relacje z ludźmi były skomplikowane, ale nie ze mną. Od razu spodobał mu się scenariusz i bardzo chciał zagrać Bruna. Wiele dał z siebie podczas realizacji. Na planie był profesjonalistą świadomym kamery. Grał zupełnie inaczej niż jego ojciec wywodzący się z teatru. Wydaje się, że była to bardzo tragiczna postać. Stracił nogę na skutek zakażenia nabytego w szpitalu po tym, jak leczono go po niezawinionym przez niego wypadku motocyklowym. Zdecydował się na amputację i życie z protezą po 17 nieudanych operacjach. Potem to ciężkie zapalenie płuc... Wielu Francuzom bardzo go brakuje.