Przypominamy Pro i Kontrę Moniki Małkowskiej i Rafała Świątka z 2011 r. Film 1 maja o godz. 21:15 pokaże TVP Kultura.

Powabne awatary

Monika Małkowska

Film ma siłę moralitetu. Prostolinijnego, adresowanego do wszystkich.

Czytaj więcej - Młode Kino


To zasługa Jakuba Gierszała w roli Dominika i... awatarów, a zwłaszcza różowowłosej Królowej Sylwii. Reżyser Jan Komasa zagrał va banque, stawiając na młodość, szczerość i eksperyment – połączył część aktorską z fragmentami animowanymi. Znakomitymi! Brawa dla czuwającego nad animacją Adama Torczyńskiego i współpracującego z nim zespołu. Choć sekwencje "rysowane" wypełniają mniej niż jedną trzecią czasu filmowego, przesądzają o jakości i oryginalności obrazu. Wirtualne pejzaże magnetyzują kosmicznym, zimnym pięknem. Postaci awatarów wyglądają jak wycięte nożem z plasteliny. Powabne w nieludzki sposób. Widać, że to istoty z innej bajki, że prowadzą grę na niby, jednak psychologicznie przekonującą.

Nic dziwnego, że Dominik, chłopak zagubiony w rzeczywistości, daje się wciągnąć w wirtualną przygodę. Dotychczas miał "wszystko" poza rodzinnym ciepłem. I jeszcze nie spotkał tej jedynej dziewczyny. Zaczyna prześladować go kryzys wiary w kogokolwiek i cokolwiek. Manifestuje programowy cynizm i olewactwo, jednocześnie czuje się poniżany – cierpi, miota się, szuka sensu. Wsparcie i zrozumienie przychodzi z komputera. Gra w samobója, do której zaprasza go Sylwia (Roma Gąsiorowska), wciąga. Daje poczucie przynależności do elitarnej grupy. No i jest Ona. Więc Dominik coraz niechętniej opuszcza pokój. Woli spotkać się z Królową Sylwią, szybować z nią nad morzem pustki. "Schizofrenia" chłopaka została rewelacyjnie pokazana. Przeplatające się sekwencje wirtualne i rzeczywiste przyprawiają o zawrót głowy. Coraz częstsze wejścia w animację oddają narastające uzależnienie Dominika.

Autopromocja
Bezpłatny e-book

WALKA O KLIMAT. Nowa architektura energetyki

POBIERZ

A królowa staje się coraz bardziej wymagająca. Żąda od swego rycerza... życia. Tego prawdziwego. Argumenty? Byt w realu jest dramatem dla wrażliwców takich jak ona, jak Dominik. Żeby osiągnąć cel, Różowowłosa stosuje najstarszą metodę świata – uwodzi i odpycha. Dominik wpada, zakochuje się na zabój. A to także gra...

 

 

Tani dydaktyzm

Rafał Świątek

Efektowna forma skrywa trywialną bajkę z łopatologicznie wyłożonym morałem

W filmie Jana Komasy obserwujemy poczynania nadwrażliwego nastolatka, który wytchnienia od problemów szuka w sieci.

Na pierwszy rzut oka "Sala samobójców" to dramat obyczajowo-społeczny. Ale w istocie ma więcej wspólnego z kinem science fiction w rodzaju "Avatara" Jamesa Camerona. W obu filmach chodzi niemal wyłącznie o to, by zauroczyć widzów rzeczywistością wirtualną.

Cameron stworzył w 3D planetę, po której biegali obcy przypominający wyrośnięte smerfy. Dominik z "Sali samobójców" przypadkiem trafia na portal, gdzie – jak w przebojowej grze "The Sims" – użytkownicy wcielają się w animowanych komputerowo bohaterów.

Ta cyberprzestrzeń, niczym planeta w "Avatarze", stanowi główną atrakcję. Reszta, czyli dziurawa dramaturgia, kuriozalna logika zdarzeń i schematyczny rysunek postaci, pełni rolę drugorzędnych dodatków.

Cameron wykorzystał technologię do nakręcenia umoralniającej bajki o potrzebie szanowania matki natury i wyzbycia się przez człowieka wojowniczych instynktów. Komasa zrobił z sali "Sali samobójców" dydaktyczną opowiastkę o zagrożeniach ze strony Internetu, który może być niebezpiecznym narzędziem w rękach ludzi bawiących się emocjami słabszych psychicznie jednostek.

"Sali samobójców" bliżej do reklamy społecznej, gdzie operuje się uproszczonym przekazem, niż kina fabularnego, w którym powinno być miejsce na pogłębioną refleksję. Niestety, reżysera takie podejście nie interesuje. Wystarczy spojrzeć na głównego bohatera. Dominik to jeden z najbardziej antypatycznych typów polskiego kina ostatnich lat. Skrajnie egocentryczny smarkacz chowany pod kloszem przez rodziców pochłoniętych robieniem karier. Słowem – kwintesencja stereotypu o rozpieszczonych dzieciach bogaczy. Komasa zgotował mu na ekranie los na miarę cierpień młodego Wertera. Niepotrzebnie. Wystarczyłby solidny klaps.