Z pozoru wszystko wygląda świetnie. Choć w ustawie budżetowej na 2021 r. zapisano ponad 82 mld zł deficytu, to po lipcu mamy rekordowe przeszło 35 mld zł nadwyżki. Na koniec roku pewnie będziemy mieć manko, ale chwilowy wynik budżetu daje rządowi okazję do opowiadania o dobrej kondycji finansów państwa.

Jeśli się jednak przyjrzeć temu z bliska, powodów do zachwytów jest mniej. Okazuje się, że najmocniej rosną dochody kasy państwa z VAT. Po lipcu były o niemal jedną czwartą wyższe niż w tym samym okresie rok wcześniej. Powodem nie jest już raczej uszczelnienie systemu, lecz odreagowanie po covidowych lockdownach. Ruszyliśmy odważniej z domów, wakacje chętniej niż zwykle spędzamy w kraju, wydajemy więcej. Budżet się na tym pasie. Rząd mówi, że jego wyższe dochody z VAT to także efekt wzrostu płac, dzięki któremu możemy wydawać więcej. Nie mówi już jednak o szalonej drożyźnie, która zapanowała w sklepach i na stacjach paliw. Konsumenci na tym tracą, budżet zyskuje. To samo dzieje się w przypadku akcyzy.

To dotkliwa, ale tylko niewielka część problemu. Istotniejsze jest to, że stan budżetu niewiele dziś mówi o tym, w jakiej kondycji są finanse państwa. Wszystko przez kreatywną księgowość, jaką prowadzi rząd. Zwracają na to uwagę zarówno ekonomiści, jak i NIK. Rząd wypycha poza budżet, do różnych agencji i funduszy, ogromne pieniądze. Wystarczy wspomnieć, że pomoc przedsiębiorcom zmagającym się ze skutkami pandemii zlecił swoim agendom, czyli Polskiemu Funduszowi Rozwoju i Bankowi Gospodarstwa Krajowego. Związanych z tym wydatków nie pokazuje w budżecie. Co więcej, nie są one wliczane do długu.

Tu toczy się bowiem walka o uniknięcie przekroczenia przez dług progu 60 proc. w stosunku do PKB, co spowodowałoby konieczność wdrożenia ostrego programu zaciskania pasa. Po drodze jest też próg 55-proc., którego przebicie oznaczałoby, że rząd musi na kolejny rok przygotować budżet obniżający dług w relacji do PKB, czyli najlepiej bez deficytu. Ekonomiści mówią, że ten pułap już przebiliśmy, ale kreatywna księgowość rządu pozwala to ukryć.

Prawdopodobnie zaciskanie pasa i tak nas nie ominie.

To dlatego, że spodziewany deficyt finansów publicznych sięgnie 4–5 proc. PKB, czyli znacząco przekroczy dopuszczalną w UE granicę 3 proc. Komisja Europejska raczej na sztuczki księgowe rządu się nie nabierze. Na razie w pandemii przymyka oko na to, co się dzieje. Już wkrótce wróci jednak do stosowania chwilowo zawieszonych reguł fiskalnych.

A skoro tak, zagrażać nam będzie procedura nadmiernego deficytu, która zmusza rządy do porządkowania finansów publicznych. To oznacza cięcie wydatków i/lub podnoszenie podatków.

Przedsmak już poczuliśmy. Polski Ład, który miał być wedle oficjalnego przekazu historyczną obniżką podatków, tak naprawdę per saldo obciążenia podnosi. Pech rządu polega też na tym, że powoli będziemy wchodzić w okres przedwyborczy. Czekają nas więc pewnie rządowe łamańce, by podwyżki podatków i cięcia wydatków pokazać jako coś korzystnego dla wyborców.