Korespondencja z Brukseli

Tym razem mowa o pomocy finansowej dla Ukrainy, gdzie po barbarzyńskich atakach Rosji ludzie nie mają wody, prądu i ogrzewania. Viktor Orban postanowił zablokować 18 mld euro dla Kijowa, podobnie jak tak cenne dla Emmanuela Macrona porozumienie w sprawie minimalnej stawki podatkowej dla korporacji międzynarodowych. W zamian żąda rezygnacji z mechanizmu warunkowości, który blokuje 7,5 mld euro z funduszy spójności dla Węgier.

Pozornie ta gra jest logiczna. Odstawiając na bok względy humanitarne i etyczne można powiedzieć tak: Orban chce dla siebie pieniędzy, bez których jego autokratyczne rządy mogą upaść. Próbował rożnych metod i sięgnął po broną najcięższą. W nadziei, że w podzielonej UE znajdzie wystarczająco dużo chętnych do przełamania tego impasu.

Czytaj więcej

Viktor Orbán gra Ukrainą. Ale UE może obejść jego weto

Z jednej strony jest Komisja Europejska, która mówi, że na razie fundusze trzeba wstrzymać, bo wprowadzane przez Węgry - pod naciskiem Brukseli - kolejne reformy nie dają gwarancji uczciwego wydawania pieniędzy unijnych podatników. KE pod wodzą pragmatycznej Ursuli von der Leyen byłaby może mniej pryncypialna, gdyby nie nacisk Parlamentu Europejskiego. Ten stawia sprawę jasno: żadnych ustępstw wobec Węgier. I, co prawda, w tej sprawie nie jest decyzyjny, ale von der Leyen boi się, żeby nie zgłoszono wotum nieufności wobec niej, do czego wystarczą głosy 70 eurodeputowanych. W dobie wielu kryzysów na pewno ostatnim, czego UE potrzebuje, są zawirowania na szczytach władzy - i to przyznają nawet dyplomaci krytykujący Von der Leyen za zbytną uległość wobec Parlamentu. 

Z drugiej strony są państwa członkowskie, które muszą przyjąć mechanizm warunkowości kwalifikowaną większością głosów. A w gronie 26 państw UE, poza Węgrami, stanowiska są różne. Polska oczywiście popiera Węgry. Ale nie tylko Polska. Również kilka państw Europy Środkowowschodniej, choć bardzo krytycznych wobec Orbana, boi się precedensu w postaci blokowania tak ważnych dla tego regionu unijnych funduszy spójności. Do grona przeciwników mechanizmu warunkowości mogą dołączyć też Włochy, pod rządami nowej prawicowej premier, Giorgii Meloni. Po drugiej stronie są państwa pryncypialne, które zawsze pilnują wartości, ale przy okazji pilnie strzegą unijnej kasy, do której od lat sporo wpłacają. To Holandia, Dania, Szwecja. W środku Francja i Niemcy, które próbują zażegnać spór jakimiś półśrodkami, stąd propozycja, żeby Komisja Europejska jeszcze raz przyjrzała się przyjmowanym przez Węgry zmianom, w tym ustawom głosowanym dziś, i wystawiła nowe ich świadectwo. To w praktyce nacisk polityczny, bo Komisja świetnie wiedziała, jakie reformy będą głosowane w Budapeszcie i w swojej ocenie wzięła to pod uwagę. Chodzi raczej o stworzenie pretekstu, żeby złagodzić stanowisko wobec Węgier.

Węgry nic teraz nie tracą. Ale prawdopodobne węgierski premier uznał, że to najlepszy moment do pójścia na całość, bo inaczej Ukraina zamarznie

To nie oznacza jednak, że Orban ma wszystkie karty. UE też ma swoje instrumenty nacisku. Po pierwsze: jednocześnie wstrzymuje środki z funduszu odbudowy dla Węgier. To ogromna kwota, 5,8 mld euro (fundusze spójności blokowane w mechanizmie warunkowości to 7,5 mld euro). Bruksela dała zielone światło na zaakceptowanie KPO, pod warunkiem spełnienia kamieni milowych, dotyczący praworządności i walki z korupcją. Zatem, jak w przypadku Polski, plan zostałby zaakceptowany teraz, a pieniądze popłynęłyby w momencie wykonania kamieni milowych.

Zgoda na KPO nie oznacza więc żywej gotówki już teraz. Ale brak zgody w tym roku prowadzi do bezpowrotnej utraty 70 proc. środków, czyli ponad 4 mld euro. Zatem Orban walcząc o rezygnację z mechanizmu warunkowości, który blokuje pieniądze należne Węgrom najwcześniej za wiele miesięcy, ryzykuje utratą 4 mld euro z innej przegródki unijnego budżetu. To bardzo ryzykowne zagranie. Poza tym Bruksela już pracuje nad obejściem weta w sprawie Ukrainy, opracowując alternatywny mechanizm gwarancji: nie z unijnego budżetu, do czego potrzebna jest zgoda 27 państw, ale bilateralnych gwarancji. To bardzo skomplikowane i czasochłonne i Orban liczy zapewne - zresztą podobne obawy ma wielu dyplomatów w Brukseli - że to przedsięwzięcie niemożliwe. Ale UE już niejedno niemożliwe przedsięwzięcie w ostatnich nadzwyczajnych latach przepchała, pewności więc nie ma, że się nie uda.

Czy cała ta gra warta jest użycia przez Węgry aż tak ciężkiej broni? Raczej nie, bo mechanizm warunkowości ma wymiar symboliczny. Węgry nic teraz nie tracą. Ale prawdopodobne węgierski premier uznał, że to najlepszy moment do pójścia na całość, bo inaczej Ukraina zamarznie. Nawet jednak jeśli UE nieco ustąpi i zrezygnuje z blokowania części kwoty, a Orban się na to zgodzi, to wciąż będzie pod presją: żeby dostać faktyczne pieniądze z KPO musi wprowadzić wymagane reformy. Cała ta sytuacja doprowadzi natomiast do dalszego utwardzenia polityki UE wobec takich łamaczy praworządności jak Polska czy Węgry. Bo nie jest tak, że wszystkie oszustwa Orbana dokonywane w ostatnich latach przeszły bezkarnie. Efektem gry jego i PiS jest zmieniona legislacja dotycząca unijnych pieniędzy, która pozwala na blokowanie funduszy spójności oraz środków z funduszu odbudowy. I Węgry, i Polska są już tego ofiarami. Nawet jeśli w ramach ciężko wypracowanego politycznego kompromisu, pod wpływem kolejny szantaży, pieniądze w końcu dostaną, to będą one wypłacane ze sporym opóźnieniem. A ich ceną będzie jednak konieczność wprowadzenia niechcianych przez te rządy reform.