Czy sprawiły to niemieckie doświadczenia po wielkiej wojnie, gdy ceny pędziły w tak obłędnym tempie, że w berlińskich kawiarniach płaciło się za ciastko przed konsumpcją, bo po niej kosztowało już znacznie więcej, a wypłatę przynosiło się do domu w dużej teczce zamiast portfela, bo bank centralny nie nadążał z drukowaniem coraz wyższych nominałów. Czy Niemcy bardziej boją się inflacji, bo w wersji hiper zniszczyła zasoby finansowe ich klasy średniej, przyczyniając się do nędzy i radykalizacji, a w efekcie przejęcia władzy przez nazistów? A może także dlatego, że bogacąc się w ostatnich 60–70 latach i oszczędzając głównie w bankach, mają więcej do stracenia niż Polacy?

Ale przecież i my mamy inflacyjne traumy. Marka polska, pierwsza waluta II RP, też błyskawicznie traciła na wartości, a wprowadzony przez Grabskiego silny złoty w czasie okupacji stał się niewiele wartymi „młynarkami”. W PRL pieniądz jeszcze dwukrotnie tonął – w latach 40. i 80. Wydawałoby się, że trauma hiperinflacji u schyłku PRL i mozolne z niej wychodzenie zaszczepiły nas przeciwko pokusie ryzykownych eksperymentów ekonomicznych.

Jednak z biegiem lat coraz więcej wpływowych osób bagatelizowało groźbę powrotu wiedźmy na literę „i”. Pojawiło się całe młode pokolenie ekonomistów, kpiące z dinozaurów przywiązanych do klasycznej teorii ekonomii, znające ją wyłącznie z książek i niepamiętające owych traum, bo nie było ich jeszcze na świecie lub mieli góra po dziesięć lat.

Do mody weszła nowoczesna teoria monetarna (MMT), a słowo „monetarysta” stało się obelgą, skoro ostrzeżenia przed luzowaniem ilościowym czy zbyt swobodną polityką banków centralnych początkowo się nie sprawdzały. Po globalnym kryzysie finansowym lat 2008–2009 przyszedł okres niskiej, momentami zerowej inflacji, a ekonomiści snuli wręcz rozważania o dramacie deflacji, czyli spadku cen pogrążającym gospodarkę w bagnie recesji.

I nagle inflacja wróciła w wielkim stylu. Z przytupem niszczy nasze dochody i oszczędności. Wystarczył jeden wirus, którego nie powstrzymano w porę w chińskim Wuhanie, i jeden bardzo wpływowy rosyjski polityk owładnięty szaleńczą ideą odtworzenia imperium carów i sekretarzy generalnych, by porwały się budowane od dziesięcioleci globalne łańcuchy logistyczne, a ceny energii wystrzeliły, niszcząc budżety domowe Europejczyków i bilanse europejskich firm. Inflacja sięgnęła u nas blisko 18 proc., ok. 10 proc. w strefie euro i ok. 9 proc. w USA. I choć za Atlantykiem fala była niższa, to właśnie tam władze monetarne przystąpiły najenergiczniej do walki z nią. I mają już pierwsze tego efekty w postaci przyhamowania wzrostu cen do ok. 7 proc. r./r.

W eurolandzie EBC, który za pomocą zerowych stóp całkiem niedawno bronił zadłużone po czubek głowy Włochy przed bankructwem, też włącza tryb antyinflacyjny. Podniósł już stopy do 2,5 proc. A u nas? U nas wpatrzony w tabelki z poparciem elektoratu rząd dotąd tylko symulował walkę z inflacją, dolewając oliwy do ognia zbyt hojnymi transferami. Bank centralny wsiadł zaś na huśtawkę. Najpierw snuje wizje, że ceny przestaną hamować same z siebie, a gdy to się nie sprawdza, ogłasza, że w gołębniku na Świętokrzyskiej stacjonuje stado jastrzębi. Teraz znów włącza starą płytę, że spowolnienie zrobi porządek z inflacją.

I tylko konsumenci, robiąc zakupy, z przerażeniem obserwują coraz wyższe ceny, za którymi płace już przestały nadążać. Emerytom już nie poprawia nastroju obłaskawianie przez władze trzynastkami i czternastkami. Paradoksalnie w najtrudniejszej sytuacji są młodzi ludzie, za pamięci których ceny były w miarę stabilne. Pierwszy raz w życiu czują teraz, jak inflacja odchudza ich portfele i sprawia, że jeśli nie dostali podwyżki, de facto pracują dwa miesiące w roku za darmo. To dla nich może być przeżycie pokoleniowe, podobne jak hiperinflacja i kryzys przełomu lat 80. i 90. dla dzisiejszych 50-latków. Obecny skok cen jest dla społeczeństwa czymś w rodzaju dawki przypominającej. Czy wystarczy, by na dekady uodpornić Polaków na demagogię i ekonomiczne eksperymenty?