Liczba zakażeń koronawirusem w Polsce rośnie z tygodnia na tydzień. Ostatni (od 14 do 20 lipca) przyniósł 12 762 infekcje (w tym 1974 ponowne). To 70 proc. więcej niż dwa tygodnie temu. Zdaniem dr Pawła Grzesiowskiego jest to „wierzchołek wierzchołka góry lodowej zachorowań”.

Warszawski immunolog krytykował Ministerstwo Zdrowia za ograniczenie testowania od kwietnia br. Jego zdaniem w słowach szefa resortu Adama Niedzielskiego wybrzmiewa, że „polityką rządu jest ograniczanie testowania”. - Jeżeli ograniczamy testowanie, to dane, które są prezentowane, są całkowicie niewiarygodne, one są zaniżone. Myśmy rok temu pobierali tych badań 50-60 tysięcy, a w tej chwili - mówię o dziennym pobieraniu badań - wykonujemy ich 5-6 tysięcy, czyli 10 razy mniej badań wykonujemy w ciągu jednego dnia. Mówię tutaj oczywiście o badaniach tych, które są odnotowywane w systemie. Co najmniej 2-3 razy więcej badań wykonują pacjenci na własny koszt, kupując testy w aptekach, ale wyniki tych testów nie są umieszczane w systemie. W związku z tym te dane, które mają służyć jakiejś polityce rządu, są całkowicie zafałszowane, są niewiarygodne i ich cytowanie w moim pojęciu jest po prostu wstydliwe - mówił w piątek lekarz w programie „Newsroom” WP. 

Czytaj więcej

Joanna Ćwiek: Rośnie niechęć do kolejnych dawek

Dr Grzesiowski zwrócił uwagę, że „ponieważ widzimy trend wzrostowy, czyli nawet na tych zaniżonych danych widzimy, że one (dane dotyczące liczby zakażeń - red.) rosną tydzień do tygodnia o 60-70 procent, to znaczy, że mamy falę pandemiczną, ale jakie są jej rozmiary, to my tak naprawdę nie wiemy”.

- Ja uważam, że myśmy w ogóle nie powinni odchodzić od tego testowania nawet na kilka tygodni. (...) Uważam to za działanie szkodliwe wręcz, dlatego że właśnie doprowadziło do tego, że w tej chwili dysponujemy danymi kompletnie kompromitującymi nasz system nadzoru. Jeżeli spojrzymy na przypadek Niemiec, gdzie jest 600 tys. zachorowań tygodniowo, a w Polsce jest tych zachorowań tygodniowo 10-15 tys., to pokazuje, jaka jest skala niedoszacowania. Myślę, że w Polsce jest co najmniej dwadzieścia razy więcej zachorowań i to jest największy, moim zdaniem, problem. Bo jeżeli nie znamy rozmiarów zjawiska, to jak można funkcjonować w zakresie konstruowania strategii? - pytał ekspert Naczelnej Rady Lekarskiej ds. walki z COVID-19, zwracając uwagę, że „ta strategia będzie oparta na nieprawidłowych założeniach i będzie błędna”. - Także dzisiaj widzimy skutki ograniczenia testowania, które mogą być bardzo poważne, bo zobaczymy dopiero efekty tej fali, kiedy pacjenci zaczną masowo być przyjmowani do szpitali. Już widzimy w tej chwili logarytmiczny, bardzo szybki wzrost liczby hospitalizacji - podwaja się co dwa, co trzy dni liczba osób w szpitalach - podkreślił.

Dr Grzesiowski zauważył, że „w tej chwili przebieg COVID-19 wywołanego wariantem Omikron odbiega od tego, do czego przyzwyczailiśmy się w zeszłych falach”. - Jest znacznie mniej pacjentów z ciężkim zapaleniem płuc. Jest za to więcej pacjentów, którzy trafiają do szpitali z wycieńczeniem, z wysoką gorączką, której nie są w stanie opanować, z zaburzeniami krążenia, czyli serca, nadciśnieniem trudnym do opanowania czy z epizodami udarów, czyli niedokrwienia mózgu, czy zawału serca. Czyli zmieniła się struktura chorych. Oni nie trafiają na oddziały intensywnej terapii, dusząc się, tylko trafiają na inne oddziały, często pod taką maską objawów nie kojarzonych z COVID-19 - tłumaczył, oceniając, że generuje to problem, ponieważ „na izbach przyjęć czy na SOR-ach nie testuje się przesiewowo tych pacjentów, a tak powinniśmy postępować”.

Czytaj więcej

Adam Niedzielski: W połowie sierpnia szczyt letniej fali zakażeń

- Każdy pacjent przyjmowany w trybie ostrym powinien być testowany w kierunku COVID-19. Nie po to, żeby go odesłać do szpitala zakaźnego, tylko po to, żeby wiedzieć, że jest to lub nie jest to COVID-19 i zapewnić mu właściwą opiekę w danym szpitalu. Brak testowania masowego, przesiewowego na wejściu do szpitala powoduje jeszcze jeden problem. Mianowicie przyjmujemy często nieświadomie chorego, którego kładziemy na kilkuosobowej sali i on zaraża swoich współpacjentów. Niestety, w ciągu kilku następnych dni powstają ogniska epidemiczne. Takich miejsc w Polsce jest już niemało - ostrzegał dr Paweł Grzesiowski.