Francuski koncern Hermes, znany z produkcji luksusowych akcesoriów, zarejestrował swój znak towarowy w Chinach w 1977 r. Mimo to w 1995 r. sąd zgodził się z wnioskiem spółki Dalizhiyi Co. i przyjął jej rejestrację chińskiego tłumaczenia Hermes, czyli Aimashi. W ten sposób chińska firma uprzedziła Francuzów, właścicieli oryginalnego znaku. Dzięki temu może się teraz posługiwać nie tylko jego chińską wersją, ale i międzynarodowym odpowiednikiem, czyli Hermes.

Koncernowi, produkującemu m.in. torby Birkin, które kosztują nawet ponad 100 tys. dol. za sztukę, nie udało się nakłonić konkurenta, by zaprzestał używania nazwy. Składał więc kolejne odwołania do sądu oraz Chińskiego Urzędu Ochrony Znaków Towarowych. Bez skutku. Zdaniem tych instytucji szkodliwość czynu jest znikoma, bo chiński odpowiednik Hermes znany był tylko niewielu osobom z branży.

To już kolejny przykład walki o znane marki w Chinach. Apple ma problem z roszczeniami do nazwy iPad, które zgłosiła także lokalna firma z tego kraju. Co więcej pozew w sprawie nielegalnego posługiwania się nazwą tego sprzętu przez Apple'a trafił także do sądu w Kalifornii. Z podobnymi roszczeniami powinien się liczyć również Facebook, bo wiele chińskich firm zarejestrowało swoje prawa do podobnych nazw. Dla producentów dóbr luksusowych to problem także dlatego, że Chiny są dziś dla całej branży kluczowym rynkiem. W tym roku wydatki Chińczyków na takie produkty wzrosną o 25 proc. do 46 mld euro.

W przypadku producentów dóbr luksusowych wartość marki to kluczowy składnik majątku firmy. Dlatego wyjątkowo pieczołowicie go strzegą. Kilka lat temu włoski dom mody Gucci zwrócił się do polskiego producenta obuwia dla dzieci Gucio o zaprzestanie używania tej nazwy, ponieważ narusza to jego prawa. Z kolei Chanel chciało, aby nazwę zmienił także producent bielizny Chantelle.

Dla Hermes to jednak kolejny twardy orzech do zgryzienia. Planów przejęcia firmy nie ukrywa LVMH, znany z marek Louis Vuitton czy Dior. Mimo oporu właścicieli firmy skupił już ponad 20 proc. jej akcji.