Biorąc pod uwagę czasy, w których żyjemy: czy Europa stoi dziś przed fundamentalnym wyborem: państwo dobrobytu albo państwo bezpieczeństwa? Czy stać nas jeszcze na oba naraz?
Musimy robić jedno i drugie. Dla Łotwy i całego regionu bałtyckiego wejście na poziom 5 proc. PKB na obronność jest ogromnym wyzwaniem budżetowym. W przyszłorocznym budżecie realnie rosną środki tylko w kilku resortach, reszta ma presję oszczędności — ale geopolityka nie zostawia nam wyboru. Widać też, że kraje, które inwestowały konsekwentnie — jak Finlandia, przez lata ok. 3 proc. PKB — dziś mają realne zdolności odstraszania.
Żeby „zapłacić rachunek” za bezpieczeństwo, potrzebujemy wzrostu gospodarczego. Bo 5 proc. od mniejszego PKB oznacza relatywnie większe obciążenie dla państwa. Po okresie stagnacji, po inwazji Rosji na Ukrainę gospodarka u nas wraca na ścieżkę wzrostu: ok. 2 proc. w ubiegłym roku i prognoza ok. 2,6 proc. teraz. To pokazuje, że dobrobyt i bezpieczeństwo muszą iść w parze.
5 proc. PKB na obronność stanie się nowym standardem w Europie, zwłaszcza w naszej części, czyli w Polsce i krajach bałtyckich?
Europa jest tu bardzo podzielona. Słyszę od kolegów z Belgii: „2,5 proc.”, a z Luksemburga: „chcielibyśmy zwiększyć wydatki, ale nawet nie mamy gdzie tego ulokować”. My, na wschodniej flance, jesteśmy w innej sytuacji i nadrabiamy zaległości.
Widać, że NATO się zmienia, a przemysł zbrojeniowy w Europie przyspiesza. Problem w tym, że brakuje mocy produkcyjnych: zamówienia realizowane są w horyzoncie 3-5 lat, co napędza silną „inflację zbrojeniową”. Mimo to kierunek jest jasny: większe inwestycje i budowa zdolności przemysłowych, strategicznych.
Co pan rozumie przez „zdolności strategiczne”? Wspólną armię, wspólny budżet, wspólną broń nuklearną?
Chodzi o zdolności, których pojedyncze państwa — zwłaszcza małe — nie udźwigną same: elementy obrony w przestrzeni kosmicznej, bardzo drogie platformy i systemy, zdolności o charakterze strategicznym. Do dyskusji o wspólnych rozwiązaniach i tak dojdziemy, bo skala kosztów jest ogromna. Już dziś widać istotny sygnał: Niemcy się „budzą” i coraz mocniej biorą odpowiedzialność, podobnie Francja i inni.