Kryzys w Rosji czy wydarzenia z 11 września 2001 r. odbiły się producentom luksusowej odzieży i dodatków mocną czkawką – Prada miała wtedy wchodzić na giełdę, a zakończyła rok z 1,7 mld euro długów. Znacznie staniały też akcje światowych liderów branży – grup LVMH czy PPR.
- Branża luksusowa w Polsce nie jest zagrożona, ludzie przyzwyczajeni do pewnego stylu życia nie przestaną kupować tego typu towarów. Dekoniunktury się nie boimy, w listopadzie otwieramy salon Kenzo w Warszawie – mówi Jerzy Mazgaj, twórca Paradise Group sprzedającej w Polsce produkty takich marek, jak Ermenegildo Zegna, Emporio Armani czy Burberry.
W krajach zachodnich niepokojące oznaki już się pojawiły – sieć kilkunastu sklepów marki Miss 60 kupiła firma Vantis Business Recovery Services, która ma się zająć jej ratowaniem. Jak stwierdzili brytyjscy analitycy, jest to pierwsza ofiara spadających wydatków konsumenckich. Także Jerzy Mazgaj przyznaje, że kryzys najwyraźniej może uderzyć w tzw. wyższą półkę, czyli takie marki, jak choćby Miss 60 – tu klienci mogą znacznie szybciej zmienić zwyczaje zakupowe i przerzucić się na tańsze marki. Kłopoty ma już także French Connection – za pierwsze półrocze grupa zanotowała stratę operacyjną 3,5 mln funtów, mimo że jej przychody wzrosły o 3 proc., do 112,4 mln funtów. Powód – wymuszone obniżanie cen i znacznie niższe marże uzyskiwane na sprzedaży. – W Polsce absolutnie nie ma takiego ryzyka, cały czas nasz wzrost sprzedaży jest dwucyfrowy. Już wcześniej mieliśmy przecież różne zawirowania na rynkach finansowych, choćby pod koniec lat 90. czy po 11 września 2001 r. O ile w krajach zachodnich pewne oznaki spowolnienia w branży były widoczne, o tyle Polski rynek cały czas szybko się rozwijał – mówi Daniele Idovina, dyrektor odpowiedzialny za rozwój w Europie Środkowo- Wschodniej w Max Mara Fashion Group.
Polski rynek towarów luksusowych jest już wyceniany na ok. 7 mld zł. Wydatki – głównie na żywność, ale także na kosmetyki czy odzież luksusowych marek – liczone są już w setkach milionów złotych rocznie. Garnitury szyte na miarę za 15 tys. zł, torby po 2 – 3 tys. zł czy zegarki w cenie 10 – 20 tys. zł mają w Polsce coraz więcej amatorów. Lista wielkich nieobecnych, zwłaszcza w przypadku odzieży czy akcesoriów, jest długa – nie ma u nas butików Prady, Chanel, Gucciego czy Louis Vuitton. Jednak zdaniem analityków jest tylko kwestią czasu, kiedy się u nas pojawią. Podstawową barierą nie jest siła nabywcza Polaków, tylko brak odpowiedniej klasy lokali pod tego rodzaju sklepy. Nie wszystkie chcą się pojawiać w centrach handlowych, a głównie takie powierzchnie handlowe są teraz otwierane.