Czy Adam Glapiński powinien stanąć przed Trybunałem Stanu?
To jest oczywiście pytanie, na które nie mogę i nie wypada mi odpowiedzieć.
Dlatego, że został pan członkiem zarządu NBP i nie chce pan sobie narobić bałaganu od pierwszego dnia?
Przede wszystkim dlatego, że nie jestem Sejmem, a tym bardziej sądem ani Trybunałem Stanu, żeby stwierdzać, czy postawienie prezesa NBP przed Trybunałem jest zasadne. Dodatkowo byłem jednym ze świadków Komisji sejmowej przygotowującej opinię w tej sprawie i potencjalnie mogę także zostać wezwany na świadka w przyszłości.
Wygrywa już u pana lojalność wobec prezesa.
To nie jest kwestia lojalności. Ona jeszcze nie zdążyła się w żaden sposób ukształtować. Choć oczywiście zmieni się relacja moja i Prezesa Adama Glapińskiego. Członek RPP nie jest podwładnym Prezesa. Jest niezależny, głosuje według własnej oceny. Prezes prowadzi obrady, zwołuje posiedzenia i ma jeden głos. To pozycja primus inter pares, nie przełożonego. Natomiast członków Zarządu powołuje i odwołuje Prezydent RP, ale na wniosek Prezesa NBP. To daje Prezesowi realny wpływ na skład Zarządu, a relacja ta jest hierarchiczna, choć kadencyjność dostarcza członkom Zarządu pewnej ochrony.
Zarząd NBP i członkowie Rady Polityki Pieniężnej opublikowali tymczasem stanowisko, że Adam Glapiński przed Trybunałem Stanu stawiany być nie powinien.
Także zarząd NBP i Rada Polityki Pieniężnej nie są Sejmem. To on podejmie albo nie ewentualną uchwałę o pociągnięciu do odpowiedzialności konstytucyjnej bazując na sprawozdaniu Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej, która badała ewentualne naruszenia przepisów Konstytucji RP oraz ustaw i która zebrała, zgodnie z dostępnymi informacjami, zeznania ponad 70 przesłuchanych osób, w tym między innymi także moje. Dlatego również z tego powodu nie mogę dzisiaj oceniać publicznie całej sprawy, bo potencjalnie Trybunał Stanu może chcieć mnie ponownie przesłuchać.
Czytaj więcej
NBP po raz kolejny podkreśla, że dalsze postępowanie Sejmu w sprawie pociągnięcia prezesa Adama Glapińskiego przed Trybunał Stanu, niezależnie od j...
Wniosek komisji, jak sam pan powiedział, bazuje między innymi na pana zeznaniach …
… które były tajne.
Ale można się domyślać, co pan mówił. I raczej nie były to zeznania na korzyść prezesa Adama Glapińskiego.
Oczywiście nie mogły być „na korzyść”. Nie mogły być także „na niekorzyść”. Były po prostu zgodne z prawdą i moją najlepszą wiedzą.
Skoro zgodne z prawdą, to który z zarzutów z ostatecznego sprawozdania komisji jest pana zdaniem najmocniejszy? Finansowanie deficytu, skup obligacji, nieuzasadnione interwencje walutowe, upolitycznienie NPB?
Z ekonomicznego punktu widzenia największy ciężar ma kwestia skupu obligacji skarbowych i pośredniego finansowania deficytu. Mówimy o 144 mld zł. Zarzut dotyczy niezgodnego z prawem finansowania deficytu budżetowego. Przy czym zdaniem Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej problem nie polega na samym tym, że NBP skupował obligacje, bo robiło to wiele innych banków centralnych. Problem ma polegać na tym, że wygląda na to, że nie było jasnych, precyzyjnych ram prawnych i upoważnień dla takich interwencji. To systemowa sprawa i do końca nie jest jasne, czy działania mieściły się w mandacie NBP, a jeśli tak to, którego z organów, i czy przywoływana przez NBP podstawa prawna była wystarczająca. Innym problemem ma być pozorność rynkowego charakteru tych interwencji.
Drugi istotny wątek to niezależność banku centralnego, czyli zarzut jego upolitycznienia. Poda pan przykłady?
Zarzut dotyczy uchybienia nakazowi apolityczności Prezesa Narodowego Banku Polskiego oraz zakazowi prowadzenia działalności publicznej niedającej się pogodzić z godnością jego urzędu. Art. 227 ust. 4 Konstytucji RP stanowi, iż Prezes NBP nie może należeć do partii politycznej, związku zawodowego ani prowadzić działalności publicznej niedającej się pogodzić z godnością jego urzędu.
Adam Glapiński przed Trybunałem Stanu. Kotecki o skutkach dla NBP
A samo procedowanie tego wniosku i doprowadzenie do głosowania to po prostu działanie zgodne z prawem czy przede wszystkim polityczne?
Pyta pan ekonomistę, nie prawnika i nie polityka. Ale mamy wyrok Trybunału Konstytucyjnego z 2024 r., który został opublikowany i który zakwestionował część przepisów dotyczących procedury wobec prezesa NBP, między innymi możliwość jego zawieszenia. Jest również kwestia wymaganej większości parlamentarnej.
Ale nie odpowiedział pan wprost. To jest działanie zgodne z literą prawa czy rewanżyzm polityczny?
Sprawozdanie komisji sejmowej jest u marszałka Sejmu i to on będzie musiał zdecydować o dalszym losie wniosku o pociągnięcie do odpowiedzialności konstytucyjnej przed Trybunałem Stanu Prezesa Narodowego Banku Polskiego Adama Glapińskiego. W tym sensie jest to decyzja polityczna. Jednocześnie są wątpliwości prawne, które Trybunał Konstytucyjny podniósł w swoim wyroku. Pytanie, jak poradzi sobie z tą sytuacją Sejm, to on się wypowie.
Głosowanie w Sejmie ma się odbyć w drugiej połowie listopada.
Także Sejm musi działać w granicach prawa. To zasada legalizmu, wprost z art. 7 Konstytucji: organy władzy publicznej działają na podstawie i w granicach prawa. Zobaczymy, jakie będą dalsze kroki.
A gdyby, załóżmy hipotetycznie, Sejm zdecydował o postawieniu Adama Glapińskiego przed Trybunałem Stanu.
To rozważania dla biegłego konstytucjonalisty. Nie czuję się kompetentny.
Czyli jeżeli Sejm przegłosuje wniosek, ale Glapiński nie zostanie zawieszony, to z punktu widzenia gospodarki i szeroko rozumianych rynków finansowych mamy spokój?
Moim zdaniem tak. Dopóki prezes nie zostanie zawieszony, wszystko działa tak jak dzisiaj. Znacznie mniej komfortową sytuację mielibyśmy, gdyby prezes Glapiński został zawieszony.
Zawieszenie prezesa NBP. Co stanie się z RPP i jaka będzie reakcja rynków finansowych
Jak duży i z czym konkretnie byłby wtedy problem?
Na pewno dla Rady Polityki Pieniężnej. Problem jest ze zwołaniem posiedzenia. Standardowo robi to prezes NBP. Jest też możliwość zwołania Rady na wniosek trzech członków, ale ten wniosek również kieruje się do prezesa. Jeżeli prezesa nie ma, powstaje luka proceduralna, bo nie bardzo wiadomo, kto miałby podjąć decyzję o zwołaniu posiedzenia. Rada musiałaby jakoś z tą sytuacją sobie próbować poradzić.
Czyli paraliż Rady Polityki Pieniężnej.
Nikt tego w Polsce nigdy nie ćwiczył. To byłaby sytuacja bezprecedensowa.
Czytaj więcej
Trudno sobie wyobrazić, by wzrosty cen nie przełożyły się na presję na wzrost płac – mówi prof. Joanna Tyrowicz. Członkini Rady Polityki Pieniężnej...
A jak z taką sytuacją – brakiem prezesa NBP – poradziłby sobie polski rynek finansowy?
Nie wiem. To byłaby sytuacja bezprecedensowa. Co prawda mieliśmy w 2010 r. wakat na stanowisku Prezesa NBP, po katastrofie smoleńskiej. Była to jednak inna sytuacja nadzwyczajna, w której rynek finansowy zareagował spokojnie, bez podwyższonej zmienności w notowaniach złotego i indeksów giełdowych. I dosyć szybko podjęto działania sanacyjne. Teraz mogłoby być bardziej nerwowo.
Tąpnięcie na złotym? Przecena obligacji?
Po informacji, że premier Donald Tusk udzielił kontrasygnaty i będzie można uzupełnić skład zarządu NBP, rynek zareagował pozytywnie, co było widoczne i na notowaniach złotego, jak i na notowaniach obligacji. Per analogiam spodziewałbym się reakcji w drugą stronę, gdyby prezesa zawieszono i rozpętałaby się awantura wokół NBP.
I byłaby to reakcja ostra czy delikatna?
Cały czas mówimy o sytuacji bez precedensu, więc trudno przewidzieć jej skalę.
Pierwszy dzień w NBP w roli członka zarządu może być dla pana trudny.
Nie wiem, dlaczego miałby być trudny. Spodziewam się spokojnej, merytorycznej pracy.
Pan chciał, czy pana tam chcieli?
Dostałem propozycję od Adama Glapińskiego. Oczywiście nieoczekiwaną. Myślałem, że 6-letnia kadencja w RPP będzie pełna.
Dlaczego pan się zgodził?
Relatywnie długo się nad tą propozycją zastanawiałem. Przekonywało mnie kilka osób, że moje doświadczenie może się w NBP przydać. Pracowałem w Ministerstwie Finansów, byłem w KNF, BFG, teraz w RPP. Znam dobrze właściwie całą sieć bezpieczeństwa rynku finansowego. Mam też doświadczenie zagraniczne, pracy w Waszyngtonie i Brukseli. Za rok i trzy miesiące skończyłaby mi się kadencja w RPP. Pojawiła się jednak okazja, żeby zamienić ją na dłuższą przygodę z NBP. Zgodziłem się, choć trochę obawiam się tej współpracy.
Przekonały ostatecznie pieniądze, czyli podwyżka pensji?
Tak, krąży wśród niektórych taka hipoteza fortuny. Zdaje się, że chciwość …
… rządzi rynkiem.
W moim przypadku to mało trafna diagnoza. Spędziłem prawie 20 lat w Ministerstwie Finansów, choć mogłem w tym czasie zarabiać znacznie więcej gdzie indziej. Ale to była bardzo ciekawa praca.
A będąc już w zarządzie, na co chciałby pan mieć wpływ?
Mam nadzieję, że moje doświadczenie ekonomiczne i instytucjonalne będzie optymalnie wykorzystane. Dla dobra tej ważnej dla gospodarki i jej finansów instytucji.
Nosi pan w plecaku buławę przyszłego prezesa NBP?
Nie, absolutnie.
A nigdy panu to nie przyszło na myśl?
Prawdę mówiąc, nie. Zgodziłem się być zwykłym członkiem zarządu. Nie mam takich myśli. Podobnie jak jeszcze rok temu nie myślałem o zarządzie NBP.
Nie mówię, że teraz. Ale później? Gdy będzie się kończyła kadencja Adama Glapińskiego przyszliby i poprosili?
Gdyby za kilka lat przyszli i poprosili, choć nie wiem kogo ma Pan na myśli, pewnie bym to rozważył, jak zawsze. Na marginesie, spodziewam się, że to będzie bardzo trudny wybór polityczny, bo prezesa NBP będzie wtedy wybierał obecny prezydent i nowy parlament. Bardzo trudno przewidzieć, jak się to potoczy.
Stopy procentowe w Polsce. Kotecki: w styczniu możliwa podwyżka
Ostatnie takie pytanie w pana karierze jako członka RPP: dlaczego nie zmieniliście stóp?
Mogę powiedzieć, że Rada dyskutowała i spierała bardzo jastrzębio. Stóp procentowych rzeczywiście ostatecznie nie zmieniła, ale wokół projekcji inflacyjnej było sporo jastrzębich pohukiwań. Tym razem właściwie zabrakło w Radzie takich gołębi, którzy czują się komfortowo perspektywami inflacji. Projekcja pokazuje powrót inflacji do celu, ale najpierw ma ona dosyć istotnie wzrosnąć, a dopiero później spaść. I właśnie wiarygodność czy raczej prawdopodobieństwo i czas tego powrotu budzą pewien sceptycyzm. Do tego część kluczowych założeń pozostaje niepewna. Nie wiadomo, co stanie się z CPN, taryfami gazowymi i energetycznymi czy akcyzą. To zmienne, które mają potencjalnie duży wpływ na inflację konsumencką.
Jeżeli inflacja wystrzeli, to do jakiego poziomu?
Projekcja pokazuje średnioroczną inflację w przyszłym roku na poziomie 4,2 proc. Ale ostateczny wynik będzie zależał od tych decyzji, których dzisiaj jeszcze nie znamy, a które pewnie będą podejmowane w drugiej połowie grudnia. Mam na myśli właśnie przede wszystkim ceny gazu czy energii elektrycznej dla gospodarstw domowych. To decyzje administracyjne Urzędu Regulacji Energetyki.
Czyli tak naprawdę nie wiadomo, co może się z inflacją wydarzyć.
I to był główny problem Rady. Sama projekcja mówi: inflacja 4,2 proc., cel 2,5 proc., czyli jesteśmy 1,7 pkt proc. powyżej celu. Ale część kluczowych czynników rozstrzygnie się dopiero w kolejnych miesiącach. Stąd lepiej patrzeć na zachowanie innych miar inflacji, mniej podatnych na dyskrecjonalne decyzje administracyjne. A te dają niejednoznaczne sygnały: inflacja bazowa w październiku prawdopodobnie obniżyła się do poziomu poniżej 3 proc.
Czytaj więcej
Listopadowa projekcja NBP przynosi wyraźną górną rewizję prognoz inflacji: w 2027 r. ma ona sięgnąć średnio 4,2 proc., napędzana drożejącą energią...
To inaczej. Gdybyście posługiwali się dzisiaj literalnie tylko projekcją, podnieślibyście stopy procentowe?
Tak. Ale ponieważ projekcja opiera się na wielu niepewnych założeniach, Rada postanowiła poczekać. Oprócz decyzji regulacyjnych w zakresie cen energii czynnikami ryzyka dla perspektyw inflacji pozostają kształt polityki fiskalnej, zmiany dynamiki aktywności w polskiej gospodarce oraz dalsze kształtowanie się dynamiki płac. Wzrost PKB zgodnie z projekcją ma się nieco obniżyć w przyszłym roku, a płace powinny się kształtować na poziomie mniej więcej zgodnym z celem inflacyjnym, biorąc pod uwagę wzrost produktywności.
Ile RPP będzie czekać z decyzją?
W grudniu nadal możemy nie znać wszystkich odpowiedzi.
Ale styczeń będzie już momentem prawdy i prawdopodobnej podwyżki?
Jeżeli nie będzie CPN i inflacja wyskoczy do poziomu znacznie ponad 4 proc., wtedy w styczniu Rada może chcieć podnosić stopy.
O 25 punktów bazowych czy od razu 50?
Nie mamy silnej potrzeby gwałtownego podnoszenia stóp. Powtórzę, inflacja bazowa w październiku prawdopodobnie spadła poniżej 3 proc. Na razie nie widać także silnych efektów pośrednich drogiej ropy naftowej, nie mówiąc o efektach drugiej rundy. To wciąż przede wszystkim szok zewnętrzny dla gospodarki polskiej, o charakterze podażowym. Ta zewnętrzna inflacja nie przekłada się mocno na płace i inne ceny. Ale im dłużej wysokie koszty będą się utrzymywać, tym większe ryzyko, że przedsiębiorcy zaczną próbować je przerzucać na klientów.
Potencjalne 25 punktów w styczniu to działanie prewencyjne czy początek serii?
Raczej prewencyjne. Ale sytuację może też zmienić rozwój wydarzeń w Stanach Zjednoczonych po wyborach połówkowych i wokół konfliktu z Iranem. Gdyby cena ropy spadła trwale w okolice 90 dolarów, styczniowa Rada mogłaby wyglądać zupełnie inaczej. Żyjemy w bardzo turbulentnym świecie. Przypomnę, że projekcja marcowa NBP przestała być aktualna de facto w momencie jej publikacji, bo wybuchła wojna w Iranie. Projekcja lipcowa przestała być aktualna jakiś tydzień czy dwa po jej publikacji, bo zamrożony konflikt w Iranie w czerwcu się w połowie lipca odnowił. Aktualność listopadowej projekcji NBP też jest niepewna, przy czym ryzyka są po obu stronach.
A może pojawić się prawdopodobieństwo obniżki?
O obniżkach na długą chwilę zapomnijmy.
Przywołując pana niedawne słowa: codziennie modli się pan o finanse publiczne?
Ja to ja, ale minister finansów powinien się modlić codziennie (śmiech).
Śmiech przez łzy? Jak duży jest dramat?
Przyjęliśmy właśnie opinię RPP do projektu budżetu. Moim zdaniem jest to najlepsza, najbardziej merytoryczna opinia spośród do tej pory przyjmowanych przez tę Radę. Pokazuje zagrożenia, ale nie w sposób alarmistyczny. W ostatnim akapicie Rada zauważa, że jeżeli nie uda się skorygować wysokiego deficytu, możliwa jest reakcja rynku, która taką korektę wymusi. A to oznaczałoby przecenę polskich aktywów, osłabienie złotego i wzrost rentowności obligacji. Moim zdaniem jednak w 2027 r. to się jeszcze nie wydarzy. Rynek będzie czekał na wybory, bo wie, że przed nimi nikt nie będzie podejmował poważnej konsolidacji, bo to byłby przepis na przegranie wyborów. Rozmawiam z inwestorami. Dzisiaj mówią nam: macie bardzo wysoki wzrost gospodarczy i szeroki dostęp do środków unijnych. To są dwa główne czynniki stabilizujące sytuację. Ale ostrzeżenia od agencji ratingowych już płyną i nie powinny być lekceważone.
Rating Polski pod presją. Kotecki: cierpliwość rynku powoli się kończy
Agencja S&P właśnie obniżyła perspektywę polskiego ratingu do negatywnej. Sam rating pozostał bez zmian, na poziomie A-. Cięcie perspektywy od S&P nastąpiło po raz pierwszy od dziesięciu lat. Od ponad roku rating Polski ma również negatywną perspektywę w agencji Fitch, a Moody’s we wrześniu 2026 r. obniżył rating naszego kraju. To wszystko razem brzmi jak zapowiedź tsunami.
Tsunami to jeszcze nie jest. Rating nadal wynosi A-, gospodarka rośnie w tempie ponad 3 proc. rocznie, mamy głęboki rynek długu w złotym i stabilne finansowanie zewnętrzne. S&P sam to podkreśla. Ale nie czytałbym tego jako uspokajającej wiadomości. Cierpliwość rynku powoli się kończy. S&P widzi dług netto na poziomie ponad 70 proc. PKB w 2029 r. i nie jest to kontrowersyjna czy pesymistyczna prognoza. Diagnoza wszystkich jest wspólna: deficyt bliski 7 proc. PKB w trzecim roku z rzędu, przy dobrej koniunkturze i polityczny pat, który blokuje korektę przed wyborami w 2027 r. Konsekwencje zmiany ratingu też są znane: wyższa premia za ryzyko, droższe finansowanie deficytu, mniejszy margines czy bufor na kolejny szok. Przy zbliżaniu się do progów konstytucyjnych dług przestaje być tylko wskaźnikiem, a zaczyna wymuszać cięcia automatycznie, niewykluczone, że w najgorszym momencie dla gospodarki. Dlatego odpowiedź jest prosta: czas na wiarygodny, wieloletni plan konsolidacji, ogłoszony najlepiej przed wyborami, choć trudno sobie to dziś wyobrazić. I nie ma innego wyjścia, żadna polityka pieniężna tego nie zastąpi.
Czytaj więcej
Agencja ratingowa S&P obniżyła w piątek perspektywę ratingu Polski ze stabilnej do negatywnej, utrzymując zaś sam rating kredytowy w walucie obcej...
Przed wyborami możemy o tym raczej zapomnieć. Jeżeli w pierwszym roku po wyborach nie zacznie się konsolidacja finansów, wtedy rynki finansowe zareagują ostrzej?
Zależy, kto będzie rządził i co zrobi. Obecny rząd będzie jeszcze przed wyborami przedstawiał projekt budżetu na 2028 r., więc nie spodziewam się w nim radykalnych działań. Momentem prawdy będzie wynik wyborów i pierwsze decyzje nowego rządu.
A co by pan zrobił?
Przed chwilą miałem zostać prezesem NBP, teraz ministrem finansów? (śmiech)
Ma pan taki budżet, jaki ma. Do wyborów nic, bo wtedy by pan nie wygrał. Ale wybory pan wygrywa. I co?
Pierwsze, co robię, naprawdę pierwsze, to przedstawiam średniookresowy plan konsolidacji finansów publicznych i rozpoczynam szerokie konsultacje wokół niego.
Główne założenia planu Koteckiego.
Przy deficycie rzędu około 281 mld zł i około 7 proc. PKB redukcja powinna wynosić mniej więcej 0,7–0,9 pkt proc. PKB rocznie przez cztery lata. To tempo, które powinno być jeszcze do przełknięcia przez gospodarkę: w ciągu czterech lat moglibyśmy zejść z około 7 proc. deficytu do 3 proc., a przy dobrych warunkach nawet trochę niżej, bez wpychania gospodarki w silne spowolnienie czy recesję.
Ale lekką ręką licząc, przez cztery lata to około 160 mld zł. Skąd wziąć te pieniądze?
I to jest bardzo dobre pytanie, na które nie mam dobrej odpowiedzi.
Nie ma pan czy nie chce odpowiedzieć?
Nie mam, bo nie istnieje jedno działanie na 160 mld zł. Potrzebna jest długa lista działań zarówno po stronie wydatków, jak i dochodów.
Podatki, 800+ i wydatki na zbrojenia. Gdzie szukać oszczędności
Ale są rzeczy w finansach, które zwykły Polak rozumie. Podatki podnosimy?
Nie ma wyjścia.
VAT, PIT, CIT?
Być może wprowadzamy również nowe podatki. Pojawił się pomysł podatku na zbrojenia. Od dawna mówię o jakiejś formie podatku majątkowego. Jest też do poważnego rozważenia kwestia podatku cyfrowego. W VAT trzeba przejrzeć stawki preferencyjne. Nie mówię o luce VAT, bo ona jest dziś, moim zdaniem, na bardzo niskim poziomie. Ale część preferencji VAT-owskich prawdopodobnie należałoby, szukając dodatkowych dochodów, ograniczyć.
A co robi pan z PIT-em?
PIT i CIT trzeba mocno naprawić. Przede wszystkim zlikwidować arbitraż podatkowy stworzony przez zmiany w ramach tzw. Polskiego Ładu. Dzisiaj mamy system PIT i obok niego ryczałt, podatek liniowy, samozatrudnienie. Powoduje to, że część podatników, tych, którzy mogą przechodzić na inne formy opodatkowania, sobie wybiera najkorzystniejszą. W efekcie mamy sytuację, w której dwie osoby wykonujące podobną pracę i osiągające podobne dochody płacą diametralnie różne podatki. Ale Pan konsolidację utożsamia z podnoszeniem podatków, a ja zacząłbym od szukania oszczędności w wydatkach.
To na co przestałby pan wydawać?
Mam nadzieję, że w 2028 r. i kolejnych latach będzie można zacząć wydawać mniej na zbrojenia. To są bardzo duże pieniądze.
Dziś to jedna czwarta wzrostu deficytu.
Jeżeli po czterech czy pięciu latach bardzo wysokich wydatków na szeroko rozumiane bezpieczeństwo sytuacja geopolityczna nie będzie bardziej niebezpieczna niż dzisiaj, zacząłbym się tym wydatkom przyglądać i je racjonalizować.
O wiele więcej od wydatków zbrojeniowych ważą w budżecie wydatki socjalne. 800+ również do cięcia?
No tak. I prawdopodobnie trzeba je będzie mrozić, czyli nie indeksować, ale też przestać płacić niektórym beneficjentom wprowadzając kryterium dochodowe. Trzeba szukać oszczędności tam, gdzie będzie to najmniej bolało. I jak najszybciej, zanim będą kolejne wybory. I zanim zrobią to za nas rynki.
A jeżeli rynki zrobią to za nas i wymuszą konsolidację finansów?
Wtedy mamy Rumunię, Grecję. To są znane scenariusze. Kilka krajów już przećwiczyło, jak to działa.
Jakie jest tego prawdopodobieństwo?
Nie wiem. Jeżeli oczekuje pan, że powiem 30 czy 50 proc., nie jestem w stanie tego zrobić. Mam nadzieję, że wybierzemy demokratycznie w przyszłym roku takich polityków, którzy nie dopuszczą do sytuacji, w której rynek zrobi to za nas. Bardzo chciałbym, żeby ta najbliższa kampania wyborcza właśnie o tym była, czyli jak zrobić konsolidację finansów w sposób, który jest najmniej nieprzyjazny dla gospodarki.
Jeżeli konsolidacji nie zrobi rząd, tylko wymuszą ją rynki i trzeba będzie wprowadzić coś na kształt drugiej terapii szokowej, to oznacza, że mamy w Polsce drugą Grecję?
Pytanie, co oznacza dokładnie dla Pana „druga Grecja”.
Zwolnienia w budżetówce, drastycznie wyższe podatki, wielkie oszczędności. Druga „terapia szokowa”.
Tak, choć nie byłaby to taka sama skala. Jesteśmy w innym miejscu niż podczas transformacji, mamy praktycznie pełne zatrudnienie i stabilną zrównoważoną gospodarkę. Dlatego obecne warunki są jeszcze w miarę przyjazne do przeprowadzenia konsolidacji bez dramatycznych kosztów i długoletnich konsekwencji dla wzrostu gospodarczego. Choć oczywiście nie powinniśmy czekać z działaniami naprawiającymi finanse publiczne. Zegar tyka, a konsolidacja wymuszona przez rynki zawsze będzie gorszym, bo gwałtownym i bardziej kosztownym, rozwiązaniem niż konsolidacja przygotowana przez rząd. Uporządkowana jest lepsza niż nieuporządkowana. Prawdopodobieństwo wejścia w recesję byłoby wtedy bardzo wysokie i niekoniecznie trwałaby ona tylko rok. W tym sensie można mówić o scenariuszu greckim, oczywiście w polskiej skali. Nie mamy długu na poziomie Grecji. Problemem jest jednak dramatycznie szybkie tempo jego wzrostu. To nasz główny problem. Do tego ponownie świat zaczął funkcjonować w świecie wysokich stóp procentowych. Świat taniego pieniądza bardzo szybko po pandemii COVID się skończył. Popyt na kapitał rośnie ze strony nowych technologii i energetyki, ale również zadłużających się rządów, a to zwiększa cenę pieniądza. Koszty obsługi polskiego długu to dziś około 2,5 proc. PKB, a za chwilę będzie około 3,5 proc. PKB. To dużo i żeby nie było więcej trzeba jak najszybciej zacząć ograniczać deficyt budżetowy.
Jak bardzo to, co dzieje się z finansami państwa, rzutowało przez ostatnie miesiące na waszą pracę w Radzie Polityki Pieniężnej?
Finanse publiczne zawsze są jednym z elementów branych pod uwagę w polityce pieniężnej. We właśnie przyjętej opinii do budżetu Rada, w ostatniej rundzie poprawek, dopisała zdanie, że sytuacja finansów publicznych będzie wpływała na politykę pieniężną. Dla mnie to było może trochę nadmiarowe, bo to jest oczywiste, bo Rada zawsze patrzy na finanse publiczne, rynek pracy, popyt konsumpcyjny i inne elementy opisujące stan gospodarki. Chodziło jednak o położenie akcentu. Na ostatnich posiedzeniach Rada często dyskutowała wpływ wysokiego deficytu na inflację. Deficyt to dodatkowy popyt w gospodarce. Tyle że, ponieważ przez długi czas w ostatnich latach polska gospodarka funkcjonowała nieco poniżej potencjału, to nawet bardzo wysoki deficyt nie wywoływał presji inflacyjnej. Co więcej, mieliśmy do czynienia z dezinflacją. Paradoksalnie nawet deficyt rzędu 7 proc. PKB może czasami nie wystarczać do wygenerowania dużej presji inflacyjnej.
Gdy pan mówi, że minister finansów powinien się modlić w intencji konsolidacji, to zwykły Polak ma to rozumieć, że jesteśmy już w czarnej…
… nie jesteśmy. Ale idziemy w jej kierunku,
Jak daleko do niej mamy? Tyle, ile do wyborów?
Mamy dwa, trzy lata, jeżeli nic nie zaczniemy robić. Dług ciągle nie jest dramatycznie wysoki, ale rośnie bardzo szybko. Jeśli z unijnej średniej wyjmiemy Grecję i inne najbardziej zadłużone kraje, wartości skrajne, to okaże się, że jesteśmy już w okolicach tak obliczonej średniej albo za chwilę będziemy powyżej. Jako urodzony optymista uważam, że może uda się uniknąć tego kryzysu. Mamy ciągle tę „złotowłosą gospodarkę”. To nas trochę ratuje. Jeżeli europejski wzrost gospodarczy zacznie przyspieszać, Niemcy zaczną rosnąć, a my na tym skorzystamy, polski wzrost może utrzymać się powyżej 3 proc. To mogłoby pomóc w przeprowadzeniu porządków w finansach publicznych, dać dodatkowy czas. Ale jeszcze raz przypominam, zegar cyka.