fbTrack

Sport

Ktoś nie dotrzymał słowa

ROL
Orest Lenczyk, były trener mistrza Polski Śląska Wrocław, o powodach rozstania z klubem
Rz: Gdzie dochodził pan do siebie po odejściu ze Śląska?
Orest Lenczyk: W Sanoku. Stamtąd pochodzę, wróciłem do krainy dzieciństwa. Przez dwa tygodnie nie odbierałem telefonów. Kiedy wróciłem do równowagi i domu w Krakowie, okazało się, że miałem 85 esemesów, na które już nie odpowiedziałem, za co wszystkich przepraszam. Chciałem się wyłączyć, ten stan trwa zresztą dalej. Nie zobaczy mnie pan na meczu. Tak było zawsze w tego rodzaju sytuacjach i tak już zostanie. Ale piłka panu nie zbrzydła?
Piłka nie, ale wielu ludzi z nią związanych – tak. Futbol jest cudowny, a moja praca we Wrocławiu do niedawna też była wspaniała. Kiedy dwa lata temu otrzymałem od bardzo ważnego polityka propozycję pracy w Śląsku, mile mnie to połechtało. Kiedy wyraziłem zainteresowanie, zaproszono mnie do Wrocławia, gdzie w ratuszu przyjął mnie prezydent Rafał Dutkiewicz, a na pierwszą konferencję przyszło około 30 dziennikarzy. Były wielkie plany. Za dwa – trzy lata Śląsk miał być w Polsce numerem jeden. Budowano nowy stadion na Euro, w jego sąsiedztwie miała powstać galeria handlowa, Zygmunt Solorz i Polsat mieli gwarantować stabilność finansową, a udziałowcem klubu było miasto. Idealna sytuacja dla ambitnego trenera. Tym bardziej że dobrze znałem krakowski splin, biedę, ale i megalomanię. Dlaczego po tytule mistrza Śląsk ogarnął kryzys? Zaczęto oszczędzać w chwili, kiedy mieliśmy walczyć o Ligę Mistrzów. Powiedziano mi wprost, że trzeba zrezygnować z kilku zawodników, którzy mają za duże kontrakty, i nie przedłużać ich z tymi, którym się kończą. Nie wdając się w szczegóły, straciliśmy w ten sposób ośmiu piłkarzy. Klub chciał na ich miejsce młodych i najchętniej za darmo. Żaden z Młodej Ekstraklasy nie nadawał się do gry. Obejrzałem na płytach około 30 graczy, wśród nich kilku ze średniej półki. Naszym zdaniem (moim i trenera Marka Wleciałowskiego) byliby wzmocnieniem zespołu. Żadnego z nich prezes nie akceptował z uwagi na zbyt wysokie koszty. Rok wcześniej skauci Śląska przywieźli dwóch młodzieżowców z Brazylii, więc naciskano na mnie, żebym ich włączył do kadry. Zostałem skrytykowany przez kilku wrocławskich dziennikarzy, którzy byli zdania, że skoro to są Brazylijczycy, to muszą pasować do drużyny mistrza Polski. Ostatecznie Rafał Grodzicki przyszedł z Ruchu za darmo, ale okazało się, że nie może grać w meczu pucharowym za kartkę, a potem złapał kontuzję. Zaakceptowałem Sylwestra Patejuka, choć było to sprzeczne z polityką klubu sprowadzania młodych i za darmo. Nie mówi pan o czymś, co może było ważniejsze od tego rodzaju problemów. Od wielu miesięcy stosunki między panem a zawodnikami nie były najlepsze. Kiedy zaczęto o tym mówić i pisać, powiedziałem, że nie wyobrażam sobie, aby drużyna, z którą wspólnie zapracowaliśmy na tytuł mistrza i wicemistrza Polski, grała przeciw trenerowi. Nadal tak uważam. Ale w każdej drużynie są różnego rodzaju grupy interesów i Śląsk nie był wyjątkiem. Atmosfera zaczęła się psuć od wiosny, kiedy poszedłem na spotkanie z sekretarzem prezydenta miasta. W czasie tego spotkania zadzwonił do mnie pewien wrocławski dziennikarz. Nie mogąc rozmawiać, odłożyłem telefon, ale nie zorientowałem się, że go nie wyłączyłem. Nagrała się więc moja rozmowa z sekretarzem, w czasie której dokonałem analizy końcówki ostatniego meczu z Widzewem i błędów kilku zawodników, co doprowadziło do utraty zwycięstwa w 94. minucie gry. Nie była to ucieczka od mojej odpowiedzialności za wyniki, jak to niektórzy zinterpretowali, tylko rzeczowa rozmowa z członkiem rady nadzorczej klubu, podczas której próbowałem wskazać powody mające wpływ na wyniki meczów. To kto konkretnie ponosił za to winę? Do tej rozmowy doszło po meczu z Widzewem, w Łodzi, zremisowanym 2:2. Sebastian Dudek miał pilnować zawodnika, który asystował przy zdobyciu bramki, ale jakby o tym zapomniał. Straciliśmy w głupi sposób dwa cenne punkty. Dziennikarz puścił tę rozmowę w Internecie, a potem ukazała się w prasie. Nieświadomy niczego poszedłem na trening, zawodnicy poprosili o rozmowę, obrażeni, że tak ich potraktowałem. Gdybym ja się obrażał o takie słowa, to już dawno bym nie pracował. O mnie gorsze rzeczy mówią. Może jednak pan przesadził. Nie wydaje mi się, biorąc pod uwagę, z kim i w jakich okolicznościach rozmawiałem. Jak by nie było, przeprosiłem ich wtedy, nie chcąc zaogniać sytuacji. Ale wówczas Dudek i Cristian Diaz powiedzieli, że nie widzą możliwości współpracy ze mną. Może pan to sobie wyobrazić?  Diaz wprawdzie nie bardzo rozumiał, co mówimy, ale tłumaczył mu Marian Kelemen, który zna hiszpański. A czy on mu tłumaczył słowo w słowo, czy tylko sens, dodając coś od siebie, to już nie wiem. Można więc powiedzieć, że tytuł mistrza zdobyła drużyna wewnętrznie skłócona. Zdobyliśmy tytuł na boisku Wisły, co miało dodatkową wartość, także dla mnie osobiście, jako mieszkańca Krakowa i byłego trenera Wisły, z którą wywalczyłem mistrzostwo w roku 1978. Ale to była chwilowa sielanka. Najpierw te kłopoty personalne, wynikające z oszczędności klubu, potem nieudane mecze pucharowe. A zwycięski mecz o Superpuchar z Legią na jej stadionie nie tylko nie poprawił sytuacji, ale ją zaognił. Jak by się pan czuł jako trener, któremu w przerwie meczu zawodnik mówi, że jest ch...? Więc to prawda? Niestety. Kiedy w szatni powiedziałem Cristianowi Diazowi, że na drugą połowę wchodzi za niego Johan Voskamp, Argentyńczyk nazwał mnie ch... Przy wszystkich zawodnikach. Zbaraniałem, nie wiedziałem, co mam powiedzieć. Gdyby 30 lat temu wydarzyło się coś takiego, zawodnicy sami wyrzuciliby takiego gościa z szatni. A cudzoziemca zwłaszcza. Teraz nikt się nie odezwał, wszyscy szukali czegoś na podłodze. To ja już wiedziałem, że coś się skończyło. Po ceremonii wręczenia pucharu Kelemen nie podał mi ręki, obrażony, że postawiłem na Rafała Gikiewicza, który zresztą wygrał nam mecz. I po czymś takim pan wstawił jeszcze Diaza do drużyny? Nie miałem wyjścia. Dostał od klubu jakąś symboliczną karę 2 tys. euro, niewspółmierną do zarobków i czynu. Trenował normalnie, ja go ignorowałem. Ale przed meczem rewanżowym z Hanowerem wezwali mnie współwłaściciele i poprosili o przeproszenie się z Diazem oraz wstawienie go do składu. Słuchałem tego i nie wierzyłem. Spytałem tylko, jakby państwo postąpili, gdyby wasz podwładny zachował się jak Diaz w stosunku do mnie. Po chwili milczenia ponowiono prośbę o zabranie Diaza do Hanoweru. Uznałem wtedy, iż moja praca w Śląsku dobiegła końca, mimo że obiecano mi powrót do rozmowy po meczu ligowym z Ruchem Chorzów. Śląsk z Diazem przegrał w Hanowerze. A pan? Wracaliśmy całą noc autokarem, rano w domu robiłem sobie kawę, kiedy na pasku w telewizji zobaczyłem informację: trener Orest Lenczyk zwolniony ze Śląska. Pamiętałem, że do rozmowy mieliśmy wrócić po meczu z Ruchem Chorzów, ale ktoś nie dotrzymał słowa. Pojechałem do klubu, tam prezes wręczył mi wypowiedzenie kontraktu i wieczorem tego samego dnia jadłem z żoną kolację w domu w Krakowie. Od tamtej pory nie byłem we Wrocławiu. Prezydent pana nie zaprosił? Nie. Chciała mnie pożegnać rada nadzorcza klubu, ale podziękowałem. Mam zaproszenie z AWF we Wrocławiu, która przyznała mi medal zasłużonego dla tej uczelni. Mam też zaproszenie od dyrygenta Filharmonii Wrocławskiej Marka Pijarowskiego. On zna moje muzyczne pasje, a jest kibicem i widzi wiele podobieństw między pracą dyrygenta orkiestry symfonicznej a trenera drużyny piłkarskiej. To może być ciekawe. Pewnie pojadę, bo posłuchałbym przy tej okazji dobrej muzyki.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL